MAMO, NIE POZWÓL IM NA MNIE KRZYCZEĆ!

Place zabaw doprowadzą mnie do nerwicy.

Chodzę tam właściwie tylko dla Mikołaja, bo to lubi, bo wiem, że przebywanie tam daje Jemu ogromną frajdę, a jak on jest szczęśliwy, szczęśliwa jestem i ja.

Tylko, że ja często czuję się jak odludek, nie poznałam jeszcze ani jednej pokrewnej duszy. Oczywiście są opiekunowie z którymi nawiązuję jakiś kontakt, ale przy dłuższym przebywaniu okazuje się, że to nie to, wiecie co mam na myśli. Brak takiej rodzicielskiej chemii.

Kidy zbliżam się do piaskownicy oblepionej nianiami i babciami czuję się osaczona, często mam nadzieję, że sobie szybko pójdą. Zdarzają się bardzo pro rodzicielscy opiekunowie, ale nie często, niestety. Skład popołudniowy w postaci mam i ojców jest jeszcze spoko, ale poranny…

Może to egoizm, a może po prostu to, co dzieje się w tych miejscach czasem mnie przerasta, irytuje i męczy. Męczy mnie widok dzieci, które na placach nie mają swobody, są blokowane i zabiera im się szereg możliwości na beztroskie bieganie, psocenie, zbieranie kamieni, jeżdżenie na ślizgawce „nienormalnie”, skakanie, pożyczanie od kolegi foremek, na zwyczajne poruszanie się bez wskazówek i jakiś reguł.

Najbardziej jednak ostatnio szkoda mi tych, które nie mają wsparcia u swoich rodziców. Rodzica, który stanie po ich stronie zawsze, kiedy będzie się im działa krzywda, bo to przecież wsparcie, które możemy dać naszym dzieciom dla nich znaczy tak wiele.

Ostatni przykład z przebywania na placu zabaw wstrząsnął mną chyba najbardziej.

Lepimy z Mikołajem baby. Siedzi babcia z dwójką wnuków, obok mnie mama z chłopcem, coś około 4 lata, stoi też pewnien tata z 5 letnią dziewczynką. Nie znałam ich wspólnych relacji. Dziewczynka puszcza bańki mydlane, czterolatek za każdym razem je łapie, dla mnie normalny odruch, dla takiego dziecka prawie bezwarunkowy. Mama za każdym razem zwraca uwagę żeby nie psuł zabawy. On ma przecież w tym też zabawę, myślę sobie. Odciąga go po 3 razie i trzyma mocno twierdząc, że jak nie przestanie to pójdą do domu. Klasyka, myślę sobie.

Po chwili wkracza do akcji tata pięciolatki, która w sumie jakoś szczególnie nie oponuje i myślę, że nie ma tak bardzo coś przeciwko tej wspólnej zabawie. Podchodzi do chłopca i groźnym głosem mówi:

– Skoro nie rozumiesz chłopczyku co do Ciebie mówi mama to może pan cię trochę postraszy i przywoła do porządku?

Tutaj zerka na mnie i szuka aprobaty, zabijam go wzrokiem jak tylko się da tracąc przy tym rachubę kim jest dla chłopca. Przyrodni ojciec, ale czy mówiłby o sobie pan? Po chwili jednak reflektuję się i myślę sobie, nawet jak jest ojczymem to czy to daje jemu jakieś prawo do krzyku?

Kontynuuje dalej.

– dlaczego psujesz zabawę dziewczynce? Jesteś niegrzeczny, tak się nie zachowują chłopcy, tak się zachowują łobuzy.

Czuję, że zaraz wybuchnę. Chłopiec przestraszony zaczyna płakać, wtula się w mamę, czekam na jej reakcję i obronę własnego dziecka. No i tu moje zdziwienie. Mama odsuwa od siebie dziecko i mówi:

pan ma rację, zachowujesz się okropnie, znów przynosisz mi wstyd, będziesz już teraz grzeczny?

– nie! – odpowiada przez łzy chłopiec.

Reszta osób wybucha pustym śmiechem.

Miałam ochotę wziąć tego chłopca i mocno go przytulić.

Wcale się nie dziwię, też byłabym zła gdyby moja mama nie stanęła w mojej obronie. Jak można pozwolić obcej osobie na obrażanie i strasznie dziecka, na krzyk!

Jestem też wściekła na siebie, że znów się nie zreflektowałam i nie zareagowałam, ale byłam w tak ciężkim szoku, że nie potrafiłam w tym momencie wydusić z siebie żadnego słowa. Poza tym nie chciałam żeby Mikołaj się przestraszył, bałam się, że beznadziejny ojciec dziewczynki też podniesie na mnie głos i Mikołaj zacznie płakać.

Jak tu piszę do Was, obiecuję sobie, że zacznę reagować, a jak spotkam jeszcze raz tego ojca nie przejdę obok niego obojętnie.

Myślę, że dla chłopca ta cała sytuacja była mocnym, traumatycznym przeżyciem. Krzyk obcej osoby połączony z brakiem jakiejkolwiek obrony ze strony mamy, do tego publiczne poniżenie. Nie ma nic gorszego.

Polecam zajrzeć też tutaj