ZAKICHANY PLAC ZABAW

Temat placów zabaw i tego wszystkiego, co z placem związane to takie never ending story, można by nawet pokusić się o napisanie książki, albo całego cyklu, czuję, że to byłby bestseller.

Tak mnie znów wczorajszy pobyt na placu poirytował, że muszę tutaj dać upust swoim emocjom.

W naszym rytualne dnia jest czas na popołudniowe wyjście na plac zabaw czy generalnie na powietrze, nie to balkonowe.

Zatem wchodzimy z Mikołajem na plac, zbliżamy się do podwórkowych atrakcji,  rozglądam się po wszystkich dzieciach i widzę jedno wielkie siedlisko zarazków, myślę sobie, wiejemy stąd, ale widzę, że Mikołaj rozkłada cały swój majdan w postaci gadżetów wszelakich. Nie ma opcji żebyśmy nawrócili.

W piaskownicy jeden z chłopców ma wypisaną chorobę na twarzy, widać po oczach, że zdrów to nie jest. Podchodzi do niego babcia, z ogromną troską zakłada bluzę komentując całość „dawaj, zakładaj bluzę, bo przecież jesteś na antybiotyku”. Zmroziło mnie, więc odsuwam Mikołaja lekko w drugi róg piaskownicy. Jesteśmy bezpieczni. Krótko. Po chwili podchodzi sąsiadka, lat coś koło 2, z nosa leci jak z rynny, dotyka tygrysa na bluzie Mikołaja, znów drżę, w duchu proszę żeby poszła może jednak do swojego brata, w sumie on przecież też chory, więc Jemu to już nic nie grozi.

Mikołaj chcę na ślizgawkę, ufff, oddalamy się od centrum chorób. Zjeżdża po raz dziesiąty, podchodzi mała Julka z przeraźliwym kaszlem, babcia pyta z czułością – „no, co Ci jest, coś stanęło?” Z nosa też się leje. Na ustach ciśnie mi się, nic nie stanęło, jest chora, babciu!

Zabija mnie dodatkowo brak reakcji opiekunów na kichające, smarkające dzieci.

Gramy z Mikołajem w piłkę, podchodzi wyżej wspomniana Julka i zabiera naszą piłkę, wyobraźnia znów mi działa i widzę jak wszystkie bakterie lądują na piłce, a potem na Mikołaju. W głowie mam ciągle fakt, że we wtorek zaczynamy wakacje.

Po chwili widzę jak zbliża się kolejne dziecko, ono też jakieś niewyraźne, mama wspomina, że to już końcówka choroby. Nie wytrzymuję, zaczynam zbierać wszystkie zabawki, Mikołaj na szczęście podłapuje temat i wspomina, że jest głodny, alleluja! Uciekamy stąd!

No, ale pewnie dzisiejszy scenariusz to początek tej jesiennej, zakichanej historii…

mmmm

print

Polecam zajrzeć też tutaj