Mam dziecko o dużych potrzebach, mam wyjątkowe dziecko.

Kiedy oczekiwaliśmy narodzin Mikołaja ciągle dookoła powtarzaliśmy, że tak naprawdę nasze życie nie zmieni się wcale.  Zapewnialiśmy znajomych, że będziemy wychodzić w weekendy wszędzie tam, gdzie do tej pory wychodziliśmy w ciągu dnia, że będziemy zaliczać długie spacery, podróże autem, które uwielbialiśmy. Będziemy spędzać wakacje za granicą, a nasze dziecko będzie wszystko to robiło z nami z uśmiechem na twarzy i oklaskami przy każdej możliwej atrakcji. Uwierzcie mi, my faktycznie byliśmy o tym przekonani.

Wtedy też na świat przyszedł Mikołaj, cud nad cudem. Przyjechaliśmy z dzieckiem do domu, pokazaliśmy Jego kąty chociaż zbyt dużo to On nie widział jeszcze wtedy pewnie, ale tak było przecież napisane w wielu książkach. Pisała o tym na przykład moje ówczesne guru niejaka Tracy Hogg, o zgrozo!

Zaczęły się lekkie schody. Jazda autem, dramat. Mikołaja jakby totalnie parzył fotelik. Podróż do moich rodziców była koszmarem, na samą myśl robiło mi się niedobrze, a też i podczas samej jazdy gdyż moja choroba lokomocyjna znów po kilku latach dała się we znaki. Od urodzenia Mikołaja ani razu nie siedziałam obok kierowcy, a nie przepraszam! Siedziałam raz, ale to było tylko raz, bardzo pamiętny raz. Wychodziłam często po 3 godzinach z tysiącami postojów blada i zmęczona. Niemowlę Mikołaj był na moich rękach prawie bez przerwy, opanowałam takie techniki noszenia go i równocześnie gotowania, sprzątania, prania, prasowania, mycia zębów i wielu innych, że pewnie już dawno temu gdybym się zgłosiła trafiłabym do księgi Guinnessa. Siedzieliśmy z Tomkiem wieczorami i szukaliśmy antidotum, wsparcia technicznego. Mata edukacyjna, widziałam w niej wielkie nadzieje, tak, jak szybko przyszła do nas tak szybko ją sprzedaliśmy, leżaczek, płacz, kojec, tragedia. Jedynym ukojeniem dla nas wszystkich było moje ręce. W nocy chodziły suszarki i odkurzać. Nosiliśmy Mikołaja na zmianę.  Często wspominamy moment w którym Tomek nosił Mikołaja i plecy odmawiały posłuszeństwa, a próba siadu na krzesło kończyła się kolejnymi łzami.

Prawda zatem była taka, że Mikołaj cała nasze życie przewrócił do góry nogami. Pojawiały się wtedy zupełnie niepotrzebne pytania „dlaczego?”, „po kim?”, „ja przecież byłam/byłem spokojnym dzieckiem”. Porównywaliśmy Mikołaja z innymi dziećmi, nosiliśmy jakiś schowany w głębi serca żal, nie wiadomo w sumie do kogo. Słyszeliśmy wtedy głosy, że za dużo nosimy, za dużo tulimy, za dużo zwracamy uwagę na dziecko, że to ono nami kieruje, że powinniśmy dać się wypłakać i wiele wiele innych tego typu sugestii.

Dzieci o dużych potrzebach wszystko odczuwają bardzo intensywnie, płaczą głośniej niż inne dzieci. Rodzice szybko uczą się reagować na ten płacz, wiedząc, że im dłużej poczekają z reakcją tym trudniej będzie im uspokoić dziecko.

Pozostawienie Mikołaja pod opieką innej osoby. Odpadało. Mikołaj tylko i wyłącznie ze mną albo z Tomkiem potrafił zostać, wyjść, pójść. Nie akceptował innej opieki niż rodzicielska. Bywały jeszcze do niedawna takie momenty, że to tylko ja jedyna byłam akceptowana. Setki razy Mikołaj kurczowo łapał się mojej nogawki i nie chciał wypuścić do osiedlowego sklepu. Jeszcze zeszłego lata zjeżdżaliśmy razem ze ślizgawki, wszystko rozbiliśmy razem.

Pamiętam okres w którym Mikołaj nie otwierał dobrze oka i już płakał, pojękiwał. Wózek? Byłam pewna, że w spacerówce będzie Mikołajowi idealnie, czekałam na ten moment, magiczny 7 miesiąc życia. Wiosna, piękna pogoda, pierwszy spacer w nowym wózku, wracałam tak szybko, jak wyszłam nie przekraczając nawet bramek osiedla.

„Pewnie jak zacznie siedzieć, chodzić, przekroczy rok zacznie się sam bawić”, słyszałam zewsząd. Bzdura. Absolutnie do dziś przeważnie towarzyszę Mikołajowi w codziennych zabawach, po kilku minutach zawsze staram się oddalać i wtedy Mikołaj bywa, że łapie bakcyla i podejmuje zabawę w „pojedynkę”, ale najczęściej jednak słyszę „chodź”, „pobaw się ze mną”, „patrz na mnie”.

Zupenie nie jesteśmy co do godziny zaplanować naszego dnia. Czasem coś z rana wspólnie ustalimy, a przy wyjściu jest ogromny sprzeciw i płacz.

Dzieci o dużych potrzebach nie dają sobie łatwo zaplanować dnia. Są nieprzewidywalne i trudno zaproponować im rytuał, z którego byłyby zadowolone.

U Mikołaja wszystko jest bardziej intensywne, płacz, śmiech, krzyk. Wszystko odczuwa mocniej. W restauracji zwykła źle położona poduszka może skończyć się histerią i ogromną frustracją. Wyczuwam ten moment w którym wiem, że za chwilę wszystko „wybuchnie”, bo np. trzeci raz pod rząd nie udało się nabić na widelec marchewki. SZczególnie podczas wakacji takie trudne sytuacje nasilały się, a my przecież „przyjechaliśmy tu odpocząć”. Wszystko „nie” i koniec, nie sprzyjały lepszemu nastrojowi zachód słońca, szum Oceanu i inne dobrodziejstwa, totalna ściana.

Zaczęliśmy w pewnym momencie przyklejać Mikołajowi etykietę dziecka marudnego, jęczącego. Frustracja nasza sięgała zenitu. Do granic możliwości irytowała mnie każda bezdzietna para ze swoimi idealizmami i teoretyzowaniem na temat macierzyństwa, nasuwało mi się „co Ty możesz wiedzieć?”. Sąsiadka wspomniała raz przy kawie, że się nie wyspała z wtorku na środę, a ja Jej chciałam wykrzyczeć, że chodzę niewyspana od roku.

Mikołaj krąży całymi dniami wokół mnie jak orbita. Nawet podczas czytania książek skacze po łóżku, przewraca się na sofie i przeskakuje rzeczy w pokoju. Musi co jakiś czas dać upust swojej energii, której ma niezliczone pokłady. Uzmysłowiła mi to jedna z „cioć” Mikołaja w „Czytogruszce” do której Mikołaj chodził, Asia, dzięki;)

Dzieci o dużych potrzebach są stale w ruchu jakby w ogóle nie widziały co to znaczy siedzieć spokojnie. W miarę jak rosną uczą się wykorzystywać rozpierającą je energię na różnego rodzaju zajęciach. 

Wtedy zupełnie przypadkowo natrafiłam przeglądając „‚Księgę rodzicielstwa bliskości” na rozdział „Rodzicielstwo bliskości w sytuacjach specjalnych”. Czytałam i sama sobie przytakiwałam, chciałam krzyczeć, że to o Mikołaju, to o nas! Nie wiem dlaczego, ale poczułam ulgę. Potrzebowałam chyba scharakteryzować „profil” mojego dziecka. Tak, Mikołaj jest HNB. Zaczęłam drążyć temat. Możecie się uśmiechać pod nosem, możecie myśleć, że to znów jakieś usprawiedliwienie dla dzieci o „odmiennych” zachowaniach, ale ja dzięki temu, że odnalazłam nas w tym wiem, że moje dziecko dobrze się rozwija po prostu tylko odczuwa wszystko inaczej, mocniej. Wszystkiego potrzebuje więcej, szczególnie uwagi. Często godzinę próbuję przeczytać trzy zdania w gazecie, bo dookoła słyszę miliony pytań. Czasem mam głowę przepełnioną myślami, a Mikołaj prosi żebym opowiedziała tą historię jak to Ninie zgubiła się hulajnoga nad morzem, a potem jak ją znalazła i potem raz jeszcze to samo.

High Need Babies, termin ten został wprowadzony przez Williama i Marthę Searsów twórców nurtu Rodzicielstwa Bliskości. HNB – dzieci, które potrzebują więcej. Wyjątkowe istoty, które poprzez swoje zachowania mówią nam o swoich wyjątkowych potrzebach. Dzieci, które przed swoimi rodzicami stawiają wysokie wymagania co do jakości sprawowanej opieki KLIK.

Mikołaj od samego początku wzbudza we mnie skrajne emocje, od frustracji po totalne pozytywne zaskoczenie i radość sięgającą nieba. Jest pełny energii i bystry, ale i cholernie uparty.

Dzieci o dużych potrzebach są niesłychanie wymagające. Wyzwaniem rodziców jest spojrzenie na to jak na coś dobrego. Cechy, które sprawiają, że dzieci są tak trudne w wieku niemowlęcym i przedprzedszkolnym mają również swoją dobrą stronę. Jako przedszkolaki takie dzieci są żywe, ruchliwe, zdecydowanie i wszystkim zainteresowane. Później zmieniają się w entuzjastyczne, pełne pasji i przedsiębiorczości nastolatki. 

Martha i William Searsowie mieli czworo dzieci i to właśnie najmłodsza córka był wymagającym dzieckiem. Po doświadczeniach z pozostałymi dziećmi nie dali sobie wmówić, że ich Hayden nimi manipuluje. HNB są bardzo wrażliwymi istotami ze względu na specyficzny temperament czyli budowę oraz sposób funkcjonowania układu nerwowego. One oczekują od rodziców, że pomogą im ogarnąć rzeczywistość.

Nie mniej Mikołaj po całym dniu doprowadza moją osobę do totalnego wyczerpania, ja muszę po Jego uśnięciu usiąść w ciszy. Nie chce żeby ktokolwiek do mnie cokolwiek mówił. Jak wychodzę z pokoju, a Tomek bombarduje mnie jakimiś newsami w zewnątrz jestem zwyczajnie wściekła. Muszę wtedy zadbać o siebie. Jak to robię? Wieczorami piję herbatę i zbieram myśli, wyciszam, a od czasu do czasu w ciągu tygodnia po prostu gdzieś wychodzę. To nie jest nic szumnego, po prostu zwyczajny spacer daje ukojenie.

Jeśli nie zadbasz o własne potrzeby , nie będziesz miała niczego, czym mogłabyś się podzielić z dzieckiem, nic też nie zostanie z ciebie. Nadejdą chwile, kiedy będziesz potrzebowała pomocy i będzie to ważniejsze niż spełnienie oczekiwań Twojego dziecka. Uważaj na takie momenty, a będziesz mogła być matką, której potrzebuje Twoje dziecko. 

Dla mnie osobiście ważna była sama akceptacja aktualnego stanu rzeczy, przyjęłam do wiadomości, że mam wymagające dziecko. Tylko tyle i aż tyle. Teraz pracuję nad wsparciem w domu. Z doświadczenia też wiem, że dobrze jest mieć w okolicy kogoś, kto ma „podobne dziecko”, wymiana doświadczeń to w pewnym sensie terapia dla nas. Szczęśliwie nie czuję się dookoła osamotniona. W tym wszystkim tak ważnie jest też współodczuwanie, ale też dużo pracy nad sobą, dużo cierpliwości i balans w życiu. Mam wyjątkowo cudowne dziecko, mam wymagające dziecko, mam dziecko o dużych potrzebach.

 

Polecam Wam ogromnie poniższe wpisy w temacie.

http://dziecisawazne.pl/high-need-babies-wyjatkowe-dzieci/

http://www.pracowniasrodka.pl/index.php/high-need-babies-czy-istnieja-naprawde/

http://www.rozamarzy.com/rozciagnieta-matka-wymagajacego-dziecka-i-nie-tylko/

Wymagające dzieci wyrastają na fajnych ludzi (pod jednym warunkiem). O genach i wychowaniu.

http://dziecisawazne.pl/mama-w-procesie-zmiany/

„Księga wymagającego dziecka” – William i Martha Sears – recenzja

Bibliografia:

W., M. Sears „Księga Rodzicielstwa Bliskości”

 

 

Polecam zajrzeć też tutaj