Dorosła złość, moja dorosła złość.

Ten wpis miał powstać na początku listopada, kiedy to byłam świeżo po warsztatach z Agnieszką Stein pt. „Dorosła złość”. Właściwie jak tylko zobaczyłam, że warsztaty mają odbyć się w Poznaniu uderzałam gdzie się da i jak się da, aby tylko móc w nich uczestniczyć. Oczywiście obudziłam się zbyt późno i wolnych miejsc już nie było, szcześliwie jednak dzień wcześniej zwolniły się miejsca. To szkolenie niosło za sobą ogromne emocje, to był warsztat, więc pracowaliśmy na to, co tam się odbywało, o czym mówiliśmy razem.

Szczerze Wam napiszę, że szłam na ten warsztat nie po głos dla siebie, a dla naszej rodziny. Jestem osobą, którą naprawdę ciężko wyprowadzić z równowagi, potrafię kłębić emocje w sobie, ale jak już jadę „na rezerwach” wybucham. Pracuję nad tym, co za tym tłumieniem może iść agresja, a jej nie chcę. Kilka razy w życiu krzyczałam na Mikołaja i nie wstydzę się tego, wiem, że to była moja słabość, to ja nie radziłam sobie z rzeczywistością, moja złość brała się z mojej interpretacji rzeczywistości, któraś z moich potrzeb nie była zaspokojona.

„Złość jest informacją o niezaspokojonych potrzebach”

Uważam, że większy problem ze złością miał do tej pory Tomek. Typ chodzącego zapalnika. Szybko wybucha, tak samo szybko gaśnie. Niestety za wybuchem idzie dym, który unosi się w powietrzu i zalega w płucach całej rodziny, a my wtedy z najmłodszym chodzimy z fochem, no, bo jak Tata mógł.

„Złość to brak wpływu”

Tak, bo przychodzą czasem takie momenty, że po prostu nie mamy już kompletnie na nic wpływu. Np. wtedy, kiedy idziemy do trzeciego z rzędu sklepu i nie ma gum Orbit o smaku truskawkowym. Mikołaj potrafi wylać litr łez, a mnie drętwieje kark.

Na warsztatach mieliśmy możliwość wyobrażenia sobie dorosłej złości. Skala naszej złości mierzona od 0 do 10. Moja bywa, że sięga 6 i wtedy jestem wyjątkowo nieprzyjemna i wredna. Bo, kiedy decydujecie całą rodziną, że wychodzicie zjeść gdzieś coś na mieście i kiszki wam marsza grają, a Wasze dziecko właśnie decyduje, że jednak nigdzie nie idzie, bo chce się bawić to skala może urosnąć do 6, ba nawet do 8!

Warsztaty z A. Stein nigdy nie dają odpowiedzi na nasze pytania, one otwierają nam głowę i pozwalają wniknąć głębiej w nas samych. Osobiście doszłam do wniosku, że w mojej złości nie chodzi o to żeby ktoś się zmieniał, bo moja złość jest moim problemem. Moja złość pokazuje mi, że coś nie działa.

Moim osobistym problemem są zawsze mikro problemy w naszej domowej przestrzeni. Mikro dla kogoś z zewnątrz. Pioruńsko wręcz denerwują mnie i potrafią rozwalić cały rozpoczynający się dzień naczynia w zlewie zostawione poprzedniego wieczora przez mojego męża. Wstawałam wtedy, włączałam ekspres do kawy i jak w „Dniu Świra” dzień za dniem wkładałam je do zmywarki, ale na kilometr widać było jak para idzie mi z nozdrzy, byłam jak rozwścieczony byk. Dziś wstaję rano i mówię, mówię o tym, co mnie wkurza.

Złość u dzieci jest informacją, wołaniem o pomoc. Kiedyś, kiedy Mikołaj nie radził sobie z emocjami, ja szybko wpadałam też w pewnego rodzaju złość. Dziś już tak nie zawsze jest, no, chyba, ze jadę na tych wspomnianych „rezerwach”. Zatem staram się być blisko, odczekać moment w którym musi nastąpić eskalacja złości, a potem klękam, kucam i nazywam emocje.

Moja złość pojawia się w momencie, kiedy nawarstwia się kilka czynników. Przykładem mogą być nasze wyjścia do przedszkola. Od rana Mikołaj jest na „nie”. Autobus odjeżdża 8:13. Wstajemy sporo minut po 7. Śniadanie. Mikołaj nie wie co chce zjeść, a czasu na wybór i potem zjedzenie jest coraz mniej. Zjada kilka łyżek płatków. idzie myć zęby, pasta ze szczoteczki spada na podłogę, płacz. Myje zęby, kieruje się w stronę sofy na której ma przygotowane ubrania do przedszkola. Nie ma bluzki z peleryną, shit! Bluzka z peleryną Supermana wisi mokra na suszarce, sprzeciw. Tłumaczę, że jak tylko wróci z przedszkola będzie na niego czekała, sucha. Nie pomaga. W końcu znajdujemy inną z Batmanem, ufff. Idziemy ubierać buty, ja już swoje mam na nodze, Mikołaj walczy ze swoimi, czuję, że zaraz nastąpi wybuch. Jest! Kładzie się zrozpaczony i zniechęcony na podłogę i stwierdza, że nie idzie do przedszkola. Zbliża się 8 godzina. Moja skala wzrasta do poziomu 6. Szybko przeskakuje na 7, kiedy okazuje się, że rękawiczki nie weszły za pierwszym razem do wszystkich palców. Potrzebuję świeżego powietrza. Udaje nam się zdążyć na autobus, ufff. Wracam z przedszkola i czuję wielkie zmęczenie, jest dopiero po 9. Tutaj moja złość to brak wpływu. Nam, dorosłym, którzy widzimy nasze dziecko wijące się w galerii handlowej, bycie świadomym swoich uczuć i potrzeb, może być odrobinę łatwiej ujrzeć zachowanie dziecka nie koniecznie jako to skierowane przeciwko niemu, ale jako manifestację potrzeb dziecka. Chociaż doskonale wiem jakie to w momencie wrzenia trudne. Ja wtedy muszę z kimś pogadać, dzwonię do mamy, siostry, pomaga! Tutaj też na myśl przychodzą mi cztery kroki Porozumienia bez Przemocy Rosenberga.

  1. Obserwacji. Co słyszę i co widzę.
  2. Uczucia. Co w danym momencie czuję.
  3. Potrzeby. Co jest dla mnie ważne i czego potrzebuję.
  4. Prośby.

W naszym domu są kłótnie, czasem jest krzyk, a nasze dziecko bardzo, bardzo często się buntuje i to bardzo, bardzo często wtedy, kiedy mogłoby odpuścić. Rozumiecie o czym pisze, że często w takich nerwowych maksymalnie momentach Mikołaj decyduje, że do walizki upcha wszystkie 8 misiów jakie ma i dużego psa, który rozmiarem przypomina żywego haskiego. No i wtedy ja klękam przy nim i tłumaczę po stokroć, a kątem oka widzę, że Tomek wrze. Temat pluszaków mamy przegadamy (chyba), zabiera je na zmianę, a reszcie robimy telefonem zdjęcie.

Osobiście przeżywałam największe frustracje i złość kiedy Mikołaj wracał z przedszkola, oglądał bajkę, a potem wyłączałam telewizor. Nie to jednak mnie złościło, złościło mnie to, co działo się zaraz po tym. Mikołaj pierwsze, co mówił to „co robimy?, „czym się pobawimy?”, „nie wiem co robić”, a ja czułam jak rośnie we mnie ciśnienie. Oczywiście zbierałam się w sobie mimo nerwów i proponowałam z entuzjazmem szereg zabaw, które były pacyfikowane. Złościłam się, złościł się Mikołaj kiedy mówiłam żeby sam coś zaproponował. Właściwie ten etap gdzieś jest jeszcze w trakcie przegadywania, robimy postępy, ja robię postępy, bo szczerze i wprost mówię, że frustruje mnie jego podejście i bywa, że udaje nam się dojść do porozumienia, ale bywa też, że muszę wyjść i pooddychać.

Złość to bardzo, bardzo naturalna emocja. Każdy z nas ma prawo być sfrustrowany, wyczerpanym, rozdrażnionym. Czasem kładę się spać z kartką na czole zatytułowaną porażka, a czasem zwycięstwo. Kiedyś gdzieś czytałam słowa chyba A. Stein, że z byciem dobrym rodzicem jest tak jakby przeczytać w książce o jeździe na rowerze, a potem chcieć na niego wsiąść i jechać. Nagle okazuje się, że to takie proste nie jest.

 Jeżeli ten wpis wydaje Ci się wartościowy możesz go udostępnić na swojej tablicy  klik

Polecam zajrzeć też tutaj