Pracuję w domu

Żyjemy w czasach w których słowo „praca” to szeroki wachlarz możliwości. Pracujemy na cały etap, pół etatu, 1/8. W biurze, w miejscach zwanych coowirking, w restauracji popijając kawę, a nawet zdalnie w Australii i na Sri Lance, ale też w domu np. na balkonie. Tak, można pracować przy komputerze w domu i zarabiać pieniądze. Można nie siedzieć przy komputerze, a w piwnicy i zarabiać pieniądze. Pomyślicie -pewnie, że to przecież żadne odkrycie i nowoczesne rozwiązanie, ale uwierzcie mi są osoby, które nadal podchodzą do tego z niedowierzaniem i lekką drwiną w głosie.

Idziesz do pracy?! To Ty pracujesz? Tak, pracuję w domu, czasem w salonie, a czasem na balkonie – odpowiadam.

Prawie 10 lat pracowałam w dużej korporacji, nie wyobrażałam sobie scenariusza w którym nie miałabym tam wrócić też zaraz po urodzeniu Mikołaja. Plan był jasny, kilka miesięcy w domu z Mikołajem i potem powrót na pół etatu, etat. Tego jeszcze nie byłam do końca pewna, pewna byłam, że wrócę. Po wykorzystaniu całego urlopu macierzyńskiego, płynnie, bez większego zawahania i rozmów godzinnych przeszłam na urlop wychowawczy. Kiedy przyszedł i jego koniec moim priorytetem było wtedy już moje dziecko, zupełnie przewartościowałam sobie swoje dotychczasowe życie.

Nie wyobrażałam sobie pracować na pełen etat i spędzać np. tylko  3 godziny dziennie z Mikołajem. Płakać mi się chciało jak o tym myślałam. Wertowałam w głowie ilość nowych umiejętności, które nabywa beze mnie. Nie mniej w tym momencie zaznaczam, że w pełni rozumiem mamy, które nie mają wyjścia i tak właśnie wygląda ich codzienność. Lub te, które po prostu tej pracy potrzebują, tak zwyczajnie też dla siebie. Dla mnie ważny był czas z Mikołajem, który z perspektywy minionego okresu był czasem wykorzystanym najlepiej.

Mimo zmęczenia, łez i trudnych momentów czuję, że gdybym miała raz jeszcze stanąć przed takim wyborem zrobiłabym to samo. Czuję, że to samo też zrobię przy kolejnym dziecku. Ten krótki moment w życiu od narodzin do tych 5 lat, które niedługo będzie miał Mikołaj to coś najcenniejszego. Myślę, że to „dobre”, które teraz przyszło doceniam jeszcze mocniej, jeszcze bardziej. Nie czuję się, że super hero mum, nie znajduję tego w kategorii poświęcenia, po prostu to był mój wybór.

Chciałam zatem dzielić dzień z Mikołajem, ale też w międzyczasie pracować. Długo dumałam co mogłabym robić. Wtedy pojawił się w mojej głowie pomysł na sklep internetowy. Zatem trzy lata temu powstał Malinowy Koszyk. To tak w skrócie.

Praca nad sklepem, nad jego otwarciem zajęła kilka miesięcy, pracy. Sporo nieprzespanych nocy, niezliczonych godzin przed komputerem, nerwów i stresu. Momentów zniechęcenia, a nawet całkowitego porzucenia pomysłu. Pierwsze miesiące Malinowego to była praca z Mikołajem na kolanach. Jeszcze wtedy był ze mną w domu, nie chodził do przedszkola. Poszedł jak miał 3,5 roku i to był najlepszy moment. Kiedy jeszcze nie było przedszkola pracowałam kiedy coś oglądał (30-40 minut dziennie) albo spał (a wtedy spał już sporadycznie, głównie gdy „brało go przeziębienie”). Ewentualnie podczas samodzielnej zabawy, ale to był bardzo rzadki widok. Razem przyjmowaliśmy towar i razem go potem pakowaliśmy do klientów, razem staliśmy na poczcie.

Pamiętam, jak pewnego razu zniecierpliwiony Mikołaj stanął na środku długiej kolejki i powiedział „hej ludzie, idźcie do domu, bo mama musi wysłać coś ważnego”:D Nie miałam wtedy jeszcze prawa jazdy, więc jak nie było Tomka targałam te wielkie paki ze sobą. Na wózku, pod wózkiem i na różne inne dziwne sposoby, padał śnieg, lał deszcz nie było zmiłuj, klient nasz pan.

Kiedy Mikołaj poszedł do przedszkola było lepiej, miałam więcej czasu na pracę w ciszy, na spokój przy pisaniu maila, czy pakowaniu zamówień. Czasem nawet zastanawiam się jak ja to wszytko robiłam z Mikołajem u boku i jak mogłam żyć bez jego przedszkola;)

Uważam, że mamy w dzisiejszych czasach mają bardziej pod górkę, więcej się od nich wymaga. Dzisiaj fajnie być fit 2 tygodnie po porodzie, dobrze jest nienagannie wyglądać, dobrze jest codziennie dobrze gotować. Dobrze bywać i dobrze się czuć. Gdzieś mimo wszystko dalej czuję oddech ludzi na plecach i poczucie, że Ty mamo, która „siedzisz w domu” musisz robić „coś”. Krew mnie zalewa kiedy ktoś mnie pyta czy pracuję wiedząc, że prowadzę sklep internetowy. Ja nie robię tego dla dobrej zabawy. Można pracować w domu nie wychodząc o 7 rano w szpilkach i czerwonymi ustami (chociaż to pewnie fajne trochę)

Pomijam też fakt samej pracy z dziećmi, tego mojego drugiego etatu. Pracy, która wymaga opieki 24 godziny na dobę, więc jak słyszałam będąc jeszcze na urlopie macierzyńskim, że siedzę w domu to buntowałam się i miałam na to szybką ripostę.

Jetem aktualnie na takim etapie, że nie zamieniłabym swojej pracy na żadną inną. Mam jednak znajome, które uważają, że nie wyobrażają sobie pracy w domu, że w pracy odpoczywają.

Są tego plusy i minusy.

Plusem jet zdecydowanie fakt, że mogę odpisywać na maile, wystawiać faktury leżąc na leżaku, popijąc frappe, chociaż ja tego osobiście nie lubię. Mam „oko” na dom, mogę zrobić sobie przerwę i wstawić pranie i ulepić wyproszone z rana pierogi z owocami i upiec chleb. Bardzo to sobie chwalę i tutaj chylę czoła przed tymi mamami, które muszą gotować obiad na dzień kolejny po powrocie z pracy. To one są dla mnie super hero! Mogę też wyskoczyć na kawę w czasie pracy. Tak, mogę wsiąść o 10 w auto i wypić kawę z koleżanką, ale w praktyce to tak nie działa, czasem tygodniami nie mogę zgrać się z sąsiadką z bloku obok. Czuję w sobie wewnętrzny obowiązek wykorzystania tego „wolnego” na pracę.

Mam nienormowany czas pracy, zasiadam kiedy chcę, nie kiedy ktoś mi każę, chociaż w praktyce u mnie jet ciut inaczej. Zasiadam do pracy wtedy, kiedy mam porządek dookoła siebie, a z tym z rana jest różnie. Siedzę tyłem do zlewu i widzę naczynia, które trzeba włożyć do zmywarki. Nie umiem się skupić na pracy, więc wstaję i wkładam je do zmywarki, kątem oka widzę porozrzucane zabawki, które automatycznie zanoszę do pokoju Mikołaja, a tam, niespodzianka! Wyrzucone wszystkie koszulki Mikołaja na podłogę, to musiał być trudny wybór i tak jak już wszystko uporządkuje i nic mi nie przeszkadza zasiadam do pracy. Nie mam szefa, który mnie „ciśnie” z terminami. Zatem jak sama się nie zmobilizuję to nie ma opcji na dokończenie danej pracy, tak, jak na przykład dziś. Bywam w pracy o 20 i czasem o 23.

Tak, przeważnie część pracy, której nie zdążę wykonać w ciągu dnia wykonuję jak Mikołaj idzie spać, więc nie zamykam kompa o 16. Minusów jest mniej chociaż pewnie znalazłabym jeszcze kilka, tak samo jak i plusów. W każdym razie po całym dniu jestem tak samo zmęczona jak mama, która wychodzi z domu na 8 godzin. Tak samo opadam z sił wieczorem i tak samo mam obowiązki i terminy, tylko zwyczajnie ja sama ich muszę pilnować. Praca w domu to też praca jakiegokolwiek nie miałaby charakteru.

Pracujesz w domu? 😉 Udostępnij ten wpis [su_button url=”https://www.facebook.com/sharer.php?u=https://www.dookolanas.pl/2017/07/24/pracuje-w-domu/” style=”soft” background=”#e79599″ icon=”icon: asterisk”]tutaj[/su_button]

Polecam zajrzeć też tutaj