Big Sur

Big Sur to jedno z tych miejsc podczas naszej wyprawy, które pozostanie w mojej głowie na zawsze.

Przed wylotem do Stanów myślałam, że nie uda nam się go zobaczyć. Jeszcze w czerwcu tego roku najpiękniejsza trasa w Kalifornii Pacific Coast Highway, czyli CA-1 na skutek remontów dróg, ulewnego deszczu i zawalonego mostu była zamknięta. Szczęśliwie my tam dotarliśmy w momencie kiedy wszystko wróciło do normy.

Na tą wycieczkę poświęciliśmy cały dzień. Wyjechaliśmy z San Francisco koło 10 rano. Po drodze na spokojnie zahaczaliśmy o przepiękne dzikie plaże finalnie docierając do Big Sur. Pod koniec dnia zjedliśmy obiad otoczeni sekwojami i późnym wieczorem dotarliśmy do SF.

Kto oglądał Big little lies ten wie, że krajobrazy z filmu to właśnie okolice Big Sur, a dokładnie Monterey. Kiedy patrzyłam na domy usytuowane na klifach miałam wrażenie, że to właśnie te sceny z filmu.

Big Sur to skalisty pas wybrzeża między Pacyfikiem a pasmem Santa Lucia Mountains. Jego nazwa pochodzi od hiszpańskiego El Sur Grande (Wielkie Południe), którym mieszkańcy Monterey nazywali tę dziką krainę i samą wioskę. Region Big Sur oferuje oszałamiające widoki, dzięki którym jest popularny wśród turystów. Nam mocno zależało na dotarciu do Bixby Creek Bridge, do imponującego mostu przerzuconego nad głębokim kanionem. Każdemu z nas zapierało dech w piersiach. Dopiero w latach 50 XX wieku wioska Big Sur została zelektryzowana. Sama wioska Big Sur mimo wszystko nadal pozostaje dzika i odizolowana. Znajdują się w niej stacja benzynowa, poczta, kilka domów i bazar. Otoczona sekwojami tworzy niesamowity klimat.

Kaniony i łąki tego regionu stały się inspiracją dla pisarzy — Jacka Kerouaca i Henry’ego Millera. Dwa razy do roku migrują tędy wieloryby szare, a na piaszczystych brzegach można spotkać wygrzewające się lwy morskie.

Polecam zajrzeć też tutaj