Park Narodowy Doliny Śmierci i Miasto Duchów

W przyszłym tygodniu najprawdopodobniej uda mi się skończyć wpis z naszym mini poradnikiem dotyczącym przygotować do podróży po Stanach, jest tego dużo, nie chcę niczego pominąć, więc potrzebuję jeszcze kilku dni.

Dziś natomiast mroczny tytuł wpisu, ale to był dzień właśnie w takim budzącym delikatną grozę, owianym tajemniczością klimacie.

Wyprawę do Doliny Śmierci rozpoczęliśmy od najbliżej położonego miasta do którego mieliśmy możliwość dotrzeć samolotem czyli Las Vegas. Leży dokładnie 100 mil od Death Valley, zatem jazda samochodem zajmuje niewiele ponad dwie godziny. Taki odwyk od kiczu i niezliczonej ilości bodźców w postaci neonów i głośnej muzyki był nam wszystkim mocno potrzebny.

Najpierw jednak udaliśmy się po bilet do Visitor Center w Furnace Creek.

Drogi Stanu Nevada i Kalifornia są obłędne, bywa, że dziesiątki kilometrów jedziemy totalnie sami, bez żadnych innych osób na drodze. Filmowe szlaki, zapierające dech w piersiach widoki. Mikołaj momentami pytał czy to obrazek czy prawdziwa natura;) Od zawsze marzyłam o takim road trip i marzenie się spełniło! Nie wyobrażam sobie zwiedzać tej części Stanów bez auta. Tomkowi wydawało się, że jest na rajdzie Paryż – Dakar. Inne auto jak SUV nie wiem czy dałoby radę tym szlakom.

Przystanki robiliśmy wtedy, kiedy coś w danym momencie mocno nas zachwyciło i chcieliśmy zrobić zdjęcie, albo kiedy Mikołaj potrzebował chwili na rozprostowanie kości. Niestety to są pustynie i trzeba mieć oczy dookoła głowy. Dużo czytaliśmy Mikołajowi co możemy spotkać w krzakach i na co trzeba uważać. Był wyjątkowo ostrożny i każdy jego krok był wyważony;) Grzechotniki wychodzące nocą na spacer mocno siedziały w jego głowie.

Przed podróżą dużo czytaliśmy o Dolinie Śmierci. O pustkowiu i kilometrach bez żywej duszy na drodze, bez sklepów, stacji benzynowych. Zaopatrzyliśmy się w prowiant, dużą ilość wody (mieliśmy w bagażniku kilka zgrzewek) i w pełny bak. O innych ewentualnościach nie chciałam nawet myśleć, wypierałam z głowy czarne scenariusze typy zepsute auto, w Dolinie Śmierci zwyczajnie nie było zasięgu.

Dolina Śmierci to różnorodne krajobrazy. Najbardziej suche miejsce Ameryki i jedno z najgorętszych miejsc na Ziemi, gdzie 10 lipca 1913 roku temperatura osiągnęła 56,7 °C i faktycznie wychodziliśmy na kilka minut z samochodu i byliśmy cali mokrzy. Wyjątkowe doświadczenie, dumaliśmy w aucie do czego porównać temperaturę na zewnątrz i dla nas to przeżycie niesamowite, jakby na moment włożyć głowę do piekarnika.

To tu też odbywa się popularny Badwater Marathon, podczas którego uczestnicy przemierzają pustynię na odcinku ponad dwustu kilometrów w temperaturze ponad pięćdziesięciu stopni Celsjusza. Do dziś nie mogę sobie tego wyobrazić.

Naszym pierwszym przystankiem był Zabriskie Point to punkt widokowy przypominający trochę krótką podróż na Księżyc. Filozof Michel Foucault nazwał podróż w to miejsce w 1975 r. największym swoim doświadczeniem w życiu. Miejsce to zostało również pokazane w filmie Michelangela Antonioniego Zabriskie Point. Musimy jeszcze nadrobić! Na nas zrobiło niesamowite wrażenie!

Ponura nazwa tego arcyciekawego miejsca ma związek z poszukiwaczami złota którzy w 1849 r przemierzali pustynne tereny Ameryki Północnej, aby skrócić sobie drogę do złotonośnych terenów Sierra Nevada.

Najpierw pojechaliśmy zobaczyć Badwater z góry czyli punktu widokowego zwanego Dante’s View. Wyjątkowo mało odporna jestem na jazdę po serpentynach, moja wyobraźnia sięga wtedy naprawdę daleko i pisze różne scenariusze. Po dotarciu i wyjściu z samochodu wszyscy oniemieliśmy z zachwytu. Obszar dookoła wydawał się być tak piękny, że aż nie możliwy. Staliśmy w bezruchu i patrzyliśmy przed siebie w ciszy. Całą trójką.

 

Po kilkunastu minutach spacerowania po skałach skierowaliśmy się w dół, do Badwater. Badwater to  kolejne jakby pozaziemskie doświadczenie. Wyschnięte jezioro położone 85 m poniżej poziomu morza, co stanowi o tym, że jest to największa depresja występująca na kontynencie północnoamerykańskim. Dno tego wyschniętego jeziora jest pokryte regularnymi sześciokątnymi płatami solnymi o boku mającym ok. 2 m długości. Mikołaj nadział się na jeden z nich i ma bliznę do tej pory. Także mocno trzeba uważać. Płaty te powstały wówczas, gdy dolina zaczęła wysychać i zaczęły się rozszerzać kryształki soli. Badwater powstało w wyniku wyschnięcia przed 3000 lat jeziora istniejącego na tym miejscu. Obłędny widok, wręcz niewiarygodny. Bez okularów słonecznych ciężko zobaczyć cokolwiek, bo słońce tam mocno odbija się od białej tafli soli, że zwyczajnie oślepia. Niedawno zbudowano tam taras i zejście dla turystów. Można przejść się długim szlakiem po soli. My byliśmy tam 15 minut, temperatura nas przegoniła.

Jezioro słynie z „wędrujących kamieni”. Zbadanie ich tajemnicy zabrało geologom wiele lat. Ta dolina to najsuchsze miejsce Ameryki i jedno z najgorętszych miejsc na Ziemi. Mimo to zimą i wiosną pojawia się tam wilgoć ze śniegu topniejącego w pobliskich górach Panamint, których wierzchołki sięgają ponad 3000 m n.p.m. Kiedy nocami temperatura w Dolinie Śmierci spada poniżej zera, na powierzchni gruntu tworzy się delikatna warstewka lodu. Pod wpływem ciepła słonecznego podmuchy wiatru kruszą i popychają lód, który przesuwa się, ślizgając na wodzie i pociągając wtopione w krę głazy. Ot, tajemnica;)

Kiedy małymi krokami zbliżało się późne popołudnie ruszyliśmy w stronę naszego miejsca na nocleg. Zważywszy na pustkowia dookoła nie mogłam go sobie zwyczajnie wyobrazić. Szczęśliwie droga do naszego motelu wiodła przez Miasteczko Duchów.

Rhyolite jest wyjątkowym przykładem błyskawicznej urbanizacji. Podobno w styczniu 1905 roku zamieszkało tam dwóch poszukiwaczy złota. Faktycznie znaleźli to, czego szukali. Informacja o tym zdarzeniu rozeszła się tak szybko, że dwa tygodnie później w miasteczku było już 1200 osób. Zaczęto wydawać gazetę, powstało 50 salonów, pojawiły się prostytutki i inne rozrywki. W kolejnym roku w okolicy pojawił się magnat z pieniędzmi zwany Schwab. Zainwestował w kopalnię złota, dociągnął do miasta prąd, wywiercił studnie.

W 1907 roku w mieście było już 7 tysięcy ludzi. Ulice miały oświetlenie, wybrukowano przy nich chodniki, zbudowano szpital, powstała nawet giełda. Kopalnia pracowała pełną parą. Nastąpiło jednak załamanie na giełdzie, chwilę jeszcze funkcjonowała, ale w 1911 roku została zamknięta. W 1922 roku zmarł ostatni mieszkaniec Rhyolite, a dziś pojawiają się tylko turyści tacy jak my, lekko przerażeni, oglądający się za siebie i mocno niepewnie stąpający po terenie.

Mające się ku zachodowi słońce jest wyjątkowo tajemnicze i piękne, więc spacer po Rhyolite był osobiście dla mnie mocno magicznym przeżyciem, wiatr wył tak przeraźliwie jakby faktycznie słychać było za rogiem niejednego ducha.

Mam nadzieję, że mimo przeraźliwych upałów namówiłam Was na Dolinę Śmierci. Naprawdę niewiele jest miejsc na świecie z tak różnorodnymi krajobrazami. Oglądam te zdjęcia i nadal nie mogę uwierzyć, że zobaczyliśmy Death Valley!

Polecam zajrzeć też tutaj

  • Niesamowita! Niewyobrażalna! I magiczna! Moja wyobraźnia pracuje na maksa szczególnie kiedy dzieci w pobliżu i oprócz tych słonecznych tęczowych scenariuszy powstają te mniej optymistyczne – zepsute auto na tym pustkowiu chodziłoby za mną 😉 Ale mimo to chciałabym bardzo zobaczyć 🙂 Zdjęcia wciągają!