Jedna z tych rzeczy, której panicznie się boję.

Każdy z nas ma jakieś lęki, inni już konkretne fobie. Jedni boją się wysokości, inni wielkich przestrzeni, jeszcze inni mają lęk przed ciemnością. Nazwanych fobii jest kilkaset. Osobiście prócz takich przyziemnych lękach, np. o rodzinę i jej zdrowie, lęku przed samotnością mam jeszcze jeden lęk mniej przyziemny. To lęk przed lataniem samolotem. W żadnych innych sytuacjach nie czuję takiego dyskomfortu jak podczas latania.

Czego boimy się w powietrzu? Z badań przeprowadzonych w ramach programu „Pokochaj latanie” pośród pasażerów na polskich lotniskach wynika, że 18 proc. z nas obawia się niewykrytej na ziemi usterki maszyny, 16 proc. nagłej niewyjaśnionej awarii podczas lotu, a 14 proc. – silnych turbulencji. Boimy się też niesprzyjających warunków meteorologicznych podczas lotu, nieodpowiedzialnego zachowania innych podróżnych i sytuacji, w której mogłoby zabraknąć paliwa.

Właściwie nie wiem kiedy się pojawił, ale to nie był lęk od pierwszego lotu. Nabyłam go w przeciągu kilku lat. Zaraz wam napiszę jak to dokładnie wygląda. Paradoksalnie uwielbiam przesiadywać na lotniskach obserwując starty i lądowania samolotów.

Co 4 sekundy gdzieś na świecie startuje samolot. Choć ryzyko śmierci w katastrofie lotniczej jest jak jeden do 29 mln, strach przed lataniem odczuwa niemal co trzecia osoba.

Kiedy jeszcze nie było Mikołaja i lataliśmy sami umiałam zapanować nad swoim lękiem, słuchałam muzyki, czytałam, zamykałam oczy i „przetrzymywałam” w napięciu cały lot. Teraz jest inaczej, jest Mikołaj, który ciągle coś do mnie mówi, a wtedy stresuję się jeszcze bardziej, bo chcę go słuchać, a czasem nie wiem co do mnie mówi, bo nie umiem się skupić. Obok jest Tomek, który ma totalny luz, ale jak ktoś zna mojego męża to wie, że On też raczej ciągle mówi. Więc mówi ktoś do mnie z lewej i z prawej strony. Mikołaj musi być koło okna, a ja koło niego, więc wypada mi zawsze siedzieć po środku.

Nasze dziecko ma zupełny luz, a raczej brak świadomości. Jest wtedy wyjątkowo pobudzone, rozbawione, rozweselone, tańczy, śpiewa, skacze, zagląda do pasażerów na przodzie, za nim, a ja dostaję mini szału i ciągle zerkam na zegarek;)

Największy stres „łapie” mnie podczas dwóch faz lotu, podczas startu i lądowania. Oczywiście naczytałam się różnej maści artykułów, że wtedy jest najwięcej katastrof no i zawsze mam w głowie nieszczęsny Smoleńsk oczywiście. Ja przy starcie odmawiam „Pod Twoją obronę”, Tomek czyta Newsweeka, a Mikołaj krzyczy „Juhuuuuu”, czujecie ten kontrast w rodzinie?

Kiedy już wzbijemy się na „spokojną” wysokość, pojawia się u mnie problem nr 2, a mianowicie lot nad wodą vs lot nad lądem. Nad lądem jestem spokojniejsza, bo przecież w razie katastrofy na bank się uratuję lądując np. na drzewie. Nad wodą, mam atak paniki i ciągle zaglądam przez okno czy już koniec czy jeszcze woda, bo przecież nie umiem pływać i bankowo się utopię. Oczywiście wiadomo, że w obu przypadkach jest totalnie minimalna szansa na jakiekolwiek uratowanie się.

Potem następuje u mnie faza spokoju, właściwie nie czuję, że w ogóle lecę. Uśmiecham się do siebie i w głowie stukam w czoło powtarzając sobie „a nie mówili, że będzie ok”. Nawet otwieram gazetę i wiem co czytam. Przez pierwsze kilka linijek. Wchodzimy w strefę turbulencji. No i wszystko zaczyna się od nowa. Zapinam pas i zamykam oczy i znów wracam z modlitwami, a Mikołaj ze swoim „juhuuuu”, Tomek dalej czyta, a ja sobie tłumaczę, że jak już wylądujemy to nigdy więcej nie wracam na pokład samolotu. Za kilka miesięcy pojawia się mąż z ofertą życia (lotu) i znów się zgadzam zapominając o lęku.

W powietrzu dopada mnie też lęk pt. na bank na pokładzie jest terrorysta – zamachowiec. Znajduję sobie zawsze ofiarę, zawsze! Jestem miłośniczką obserwowania zachowań ludzkich, a w samolocie ta cecha nabiera u mnie dodatkowo na sile. Jest to przeważnie mężczyzna około 30-40 roku życia, ma na sobie skórzaną kurtkę (dlaczego jej nie zdejmuje?), ciemna karnacja (uprzedzam, nie mam do nikogo uprzedzeń) i chodzi z jakimś pakunkiem pod ręką, to do łazienki (pewnie podkłada ładunki wybuchowe), to do stewardes (pewnie są w to wmieszane) no i już po moim spokoju. Finalnie znów spokojnie lądujemy.

Zaznaczam też, że nigdy w życiu nie poleciałabym nigdzie sama bez Tomka i Mikołaja, jak już ginąć to wszyscy razem!

Pojawiają się też czasem sytuacje, których nawet ja, obeznana we wszelkich katastrofach i trudnych sytuacjach na pokładzie. Lot New York – Las Vegas. Spokój, cisza, nawet wi-fi na pokładzie i nagle robi się głośniej, jakby delikatny popłoch, stewardesy szybciej chodzą po pokładzie, a mnie szybciej bije serce. Ludzie rozglądają się na wszystkie strony, ja oczywiście razem z nimi i wtedy uwaga – pojawia się delikatny dym na pokładzie. Moje ciśnienie skacze mi do granic możliwości. Nie wiemy co się dzieje, załoga zagląda do każdego miejsca na bagaż podręczny, trwa to chwilę, dla mnie to wieczność. Nagle okazuje się, że zaczął się „palić” zasilacz od jednego z komputerów, wszyscy odetchnęliśmy z ulgą, a ja znów uważam, że mi się „udało” przeżyć.

Z powodu silnej awiofobii niektórzy ludzie zmieniają styl pracy, rezygnują z awansu, jeżeli miałby się wiązać ze służbowymi podróżami samolotem. 

Mam wrażenie, że z roku na rok jest ciut lepiej, pewnie dlatego, że już kilkanaście lotów za mną i przeżyłam je bez żadnego uszczerbku na zdrowiu. Trochę też znam już zachowanie mojego dziecka podczas lotu, więc wiem jak reagować w konkretnych sytuacjach żeby dodatkowo nie wpadać w dodatkowy popłoch.

Niektórzy decydują się oswoić lęk podczas warsztatów „Pokochaj latanie”, przygotowanych przez ekspertów w dziedzinie lotnictwa i psychologów. Uważam, że ze mną nie jest jeszcze tak źle, ale wiele osób, które panicznie boją się latać decyduje się na warsztaty i po nich faktycznie są z lataniem bardziej oswojeni, więc jak mocno zmagacie się z lękiem przed latanim to może warto się zainteresować;)

A Ty? Boisz się latać?

Polecam zajrzeć też tutaj

  • Hania! Czytasz w moich myślach! Mam to samo!Kropka w kropkę! Ale strach przed lataniem pojawił się dopiero odkąd mam dziecko. W marcu planujemy kilka lotów krótszych i dłuższych i zamiast cieszyć się podróżą na razie myślę tylko o tym 🙂

    Ps. Ja jeszcze obsesyjnie przez cały lot przyglądam się twarzom stewardess. Odrobinę uspakaja mnie ich spokój. I zupełnie pomijam fakt, że przecież obsługa o tym wie, tak jest szkolona, i że nie ja jedna, więc promienieją tym swoim uśmiechem przez cały lot! 🙂

    • Tak! Ja też zerkam na stewardesy jakbym miała wyczytać z ich twarzy „ok”, „nie ok”:D
      a teraz przyjemna część – gdzie lecicie?;)

  • Tak, zupełnie niekomfortowa sytuacja na którą nie masz wpływu, znam to! Jak widać po naszych podróżach też wolę przecierpieć te dwie godziny w samolocie niż 15 autem;)