W czwórkę

Jest nas o jedną istotę więcej. Mimo, iż emocje trochę opadły ciągle w to nie wierzę. Do Matyldy mówię w rodzaju męskim, bo nadal nie dochodzi do mnie, że mam córkę. Upragnioną i wyczekaną. Jeszcze chwilę temu kąpałam takiego malusiego Mikołaja, a On teraz wydaje mi się takim dorosłym dzieckiem i mówi, że jestem najbardziej nieprzewidywalną kobietą na świecie. Patrzę na niego i na Matyldę i mam wrażenie, że mam w domu noworodka i nastolatka. Niesamowite!

Miałam wielkie obawy przed samym porodem. Na wiele sposobów dumałam jak to będzie kiedy zacznę rodzić. Jak ogarniemy ten moment w nocy. Nie wyobrażałam sobie, że będziemy musieli budzić zaspanego Mikołaja i zabierać go do szpitala, bo kiedy minął mój termin porodu tak się złożyło, że nie mieliśmy nikogo w pobliżu, kto mógłby nam pomóc. Jednak zawsze gdzieś „ktoś” czuwa nad nami.

W poniedziałek rano przyjechała moja mama, a późnym wieczorem pojawiły się pierwsze skurcze, myślę, że miałam jakąś blokadę w sobie, która została uwolniona w momencie pojawienia się mamy. Tomek jeszcze wracał z delegacji, więc nim nie mówiąc zdążyłam się dopakować i przygotować na spokojnie do szpitala, czułam, że się „zaczęło”. Gdyby nie moja Mama Mikołaj musiałby mnie widzieć w mocno słabym stanie gdyż po 1 w nocy pojawiły się tak mocne bóle krzyżowe, że ciężko było mnie podnieść z podłogi żeby zawieźć do szpitala i kiedy już w końcu ból lekko odpuścił pojechaliśmy rodzić. Dzięki mamie miałam wewnętrzny spokój, że Mikołaj zostaje w najlepszych rękach, śpi spokojnie, a rano w końcu dowie się, że jestem już w szpitalu, bo mocno czekam na ten moment, niecierpliwił się ogromnie. Daruję Wam reszty porodowych historii, ale Matylda pojawiła się dużo szybciej na świecie niż Mikołaj. Ogromnie się cieszę, że miałam w szpitalu zapoznaną wcześniej dobrą duszę, która była Oddziałową w szpitalu. Niesamowite jak ważni w tym szczególnym momencie są ludzie. Ich twarze i każdy najmniejszy dobry gest pamięta się bardzo długo.

Matylda pojawiła się na świecie we wtorek 17. lipca o 10:15 i świat zwariował na nowo;)

Pierwsze kilka dni skorzystaliśmy z pomocy najbliższych. Nie musiałam o nic prosić, niczego sugerować, po prostu miałam opiekę i psychiczne wsparcie najbliższych. Pamiętam rosół w słoiku od siostry przywieziony po urodzeniu Mikołaja do szpitala i jego picie w środku nocy między jednym, a drugim szpitalnym łóżkiem. Tym razem też pojawiły się obie siostry i mama. Najlepsze wsparcie nie licząc oczywiście Tomka, który jest mistrzem logistyki i spisał się w tych dniach równie dobrze.

Po pierwszym tygodniu zostaliśmy już sami. Każdego dnia uczymy się o sobie czegoś nowego. Były łzy wzruszenia i smutku, było rozczarowanie i żal, była wielka euforia i mnóstwo obaw. Były pierwsze kłótnie. Był płacz przez kilka godzin z noszeniem na zmianę po całym mieszkaniu w akompaniamencie suszarki. Były pierwsze wspólne poranki w czwórkę. Mimo, iż wrzucam Wam te piękne momenty to musicie wierzyć, że bywa ciężko, że panuje chaos, że nasze mieszkanie momentami wygląda jakby przeszedł przez nie tajfun, że mało co funkcjonuje tak, jak powinno, albo jak funkcjonowało przed pojawieniem się Matyldy. Jednak przed porodem postanowiłam sobie, że nie będę się spinała, że skupię się przede wszystkim na moich dzieciach. Nie jest łatwo, bo wciąż nie doszłam do siebie po porodzie i nadal leczę ranę po nacięciu, która tym razem okazała się dużo większa i przysporzyła mi sporo bólu i dyskomfortu, ale to nie ważne, ważne jak wielka miłość ogarnęła przede wszystkim Mikołaja;)

Nie wyobrażam sobie już życia w trójkę. Ktoś mi ostatnio napisał, że teraz dopiero tworzymy całość.

Jutro zaczynamy trzy tygodnie przerwy przedszkolnej Mikołaja, więc trzymajcie za nas mocno kciuki, bo dopiero wtedy będzie kolorowo;)))

Przedstawiam Wam Matyldę!

Polecam zajrzeć też tutaj