C jak czas

Życia każdego z nas jest tak ciekawie skonstruowane, że mamy w nim różne etapy i w każdym z nich przychodzi na coś konkretnego czas. Czas przedszkola, szkoły, czas studiów, zabaw, imprez, smutków, miłości, dzieci, zamążpójścia, śmierci i takich totalnie nieprzewidywalnych zdarzeń. U niektórych wszystkie te wydarzenia mają swoją jakąś kolej rzeczy, u innych wręcz przeciwnie. Dziś chciałabym Wam napisać o czasie z mojej perspektywy. W kontekście dzieci, związku i mojego całego dotychczasowego życia. O tym czy czegoś z perspektywy czasu żałuję i za co jestem wdzięczna losowi.

Czas w kontekście zmęczenia

Ostatnio bardzo biorę pod lupę kwestie zmęczenia z perspektywy danego okresu w naszym życiu. Wydaje mi się, że z tym zmęczeniem to jest taka próba sił. Szczególnie, kiedy zostajemy mamami.

W styczniu moje dzieci na zmianę łapały infekcje, więc miałam kilka takich poranków w których otwierałam oczy i mówiłam sobie „nie, dziś już nie mam sił, nie dam rady, niech ktoś mi je zabierze na godzinę, zrobi inhalacje, poda leki, a jak pójdę się umyć”, ale potem szybko zmieniałam nastawienie i dochodziłam do wniosku, że przecież one mnie teraz potrzebują. Milion razy dziennie wychodziłam ze swojej strefy komfortu. Wieczorem znów dziwiłam się sobie, że przetrwałam kolejny dzień, często sama bez wsparcia fizycznego, ale ze sporym psychicznym od najbliższych. Odnoszę wrażenie, że my matki rodzimy się na nowo każdego dnia, jak sfinks z popiołów!

Często wracam do czasu, kiedy nie miałam dzieci. Jaka ja byłam wiecznie zmęczona. Wracałam po przepracowanych 8 godzinach za biurkiem do pustego i z głuchą ciszą domu. Siadam z talerzem mało ambitnego obiadu, włączałam tv i nie miałam sił na nic. Totalna niemoc. Dziwne, prawda?! Tak, teraz wydaje mi się to totalnie dziwne, bo nie śpię w nocy, wstaje po 5, jestem cały dzień na nogach, robię zakupy, obiady, podnoszę milion razy dziennie coś z podłogi, odpowiadam na milion pytań, prowadzę milion negocjacji, sprzątam, piorę, gotuje, odpowiadam na maile w toalecie.

Teraz jestem naprawdę zmęczona, ale! No właśnie jest to „ale”. Bo teraz jestem w zupełnie innym momencie życia. Teraz moje zmęczenie ma zupełnie inny wymiar. Wtedy naprawdę wydawało mi się, że jestem padnięta i pewnie nawet byłam, ale to było zmęczenie totalnie innego rodzaju. Jeszcze inaczej zmęczone są mamy pracujące poza domem, te też mocno podziwiam.

Nie umniejszam zmęczenia mojemu bezdzietnemu jeszcze rodzeństwo czy znajomym (oni mogą nas obserwować z boku, ale jeszcze nie są świadomi do końca jak to wyglada po tej stronie mocy). Nie mniej oni też są na swój obecny czas bardzo zmęczeni! Tak! Mogą być zmęczeni, ale wracają do domu, rzucają w kąt torbę i plecak i co tam jeszcze mają i uwalniają głowę. Przeważnie robią to, co chcą. Jak to się ma do zmęczenia mamy, która wychodzi do pracy z domu, jest po nieprzespanej nocy i wraca do domu w którym jedno właśnie zaczyna gorączkować, drugie „wisi” na niej, bo idą kolejne zęby? To jest turbo zmęczenie. Nie mniej jest czas w życiu na zmęczenie po imprezie, zakupach w galerii, całym dniu z dziećmi i po maratonie chorobowym. Dla mnie największe zmęczenie to chyba jest nie to fizyczne, a takie psychiczne. Gdzie masz spiętą każda cześć swojego ciała, gdzie wkurza dźwięk pilnika do paznokci, którym sama z własnej woli sobie je piłuje. Wiecie o co chodzi?! Ale ten czas minie. Obserwuję moją Mamę, która miała nas czworo i przeszła sporo w życiu. Jest w idealnym dla siebie czasie. Właśnie przeszła na emeryturę i to jest dopiero fajny czas!

Czas w kontekście posiadania dzieci

Kiedy rodzi się pierwsze dziecko czekamy na pierwszy obrót z brzuszka na plecy, pierwszy samodzielny siad, raczkowanie pierwsze, a najpierw może pełzanie. Potem na pierwsze kroki, pierwsze metry przejechane rowerem i hulajnogą. Jak ja ten czas poganiałam z Mikołajem! Pewnie to też była kwestia tego, że z każdą nową umiejętnością liczyłam na łatwiejszą Jego obsługę. Może jak usiądzie będzie łatwiej, może jak zacznie chodzić czy mówić. Dziś zerkam na zdjęcia z każdego z tych okresów i mam gulę w gardle. Z ręką na sercu napiszę Wam, że nie potrafiłam cieszyć się chwilą. Nie potrafiłam myśleć o danym czasie jako o czymś ulotnym, co już zupełnie nie wróci. Dziś mam jeszcze Matyldę. Wiem, że to moje drugie i ostatnie dziecko i chłonę każdą minutę, nie śpieszyłam się z przełożeniem ze spacerówki do gondoli, nie podtykam zabawek na które jeszcze jest czas. Nie poganiam jej miesięcy, bo ona przecież dopiero się rodziła, a niedługo skończy 9 miesięcy. Mam wrażenie, że mimo, iż moja uważność jest większa to nie wiem kiedy niektóre czynności nastąpiły po sobie. Mikołaj w tym roku idzie do szkoły, a ja już dziś nie umiem się z tym pogodzić. Dlatego tak bardzo się cieszę, że byłam z nim w domu te pierwsze jego 3,5 roku życia. To była najlepsza decyzja w moim życiu. Mimo, iż bywało ciężko, tyle samo chciałabym być z Matyldą. Nie chcę żeby mi coś umknęło. To jest tak bardzo ważny czas dla nas wszystkich.

Czas w związku

Znacie takie sytuacje, kiedy Wasz mąż wyjeżdżał w delegacje, a Was aż ściskało z zazdrości? Ja to przerabiałam. Zerkałam na zegarek i telefon i sprawdzałam czy nadaje już z pokoju hotelowego czy z sali bankietowej. Budziłam się w nocy, bo musiałam mieć to pod kontrolną. Taki czas świeżo upieczonej żony. Teraz?! Teraz jest zupełnie inny czas. Teraz liczą się 3 godziny snu pod rząd. Budzę się w nocy, ale za sprawą swojej córki. Teraz nie zawracam sobie głowy bzdurami. To nie tak, ze już nie jestem zazdrosna tylko po prostu w obecnym czasie liczy się dla mnie czy bezpiecznie mój mąż dotarł do kolejnego miasta. Ma ochotę wyjść gdzieś wieczorem (w sumie wcale nie wychodzi) proszę bardzo. Tylko niech już nie dzwoni po nocach, bo ja śpię. Wystarczy krótki SMS:) Taki zupełnie inny czas w naszym życiu.

Czas na życie towarzyskie

Z uśmiechem na twarzy wspominam czas studiów! To mój ulubiony okres w życiu. Ciągłe powody do imprez, wyjść, spotkań. Czas totalnej swobody w życiu. Znów zmęczenie po nocy nieprzespanej za sprawa długich rozmów o teatrze na przykład. Bywa, że często wspominam ten okres, ale za nic w świecie nie chciałabym do niego wrócić. Może na jeden dzień, tak dla wspomnień, pobycia z ludźmi z którymi szlam przez te kilka lat na jedną uczelnie. To był mój czas swobody i beztroski, bo czymże były egzaminy w porównaniu z dzisiejszymi troskami. Teraz nasze życie towarzyskie lekko umarło. Totalnie przefiltrowaliśmy znajomych. Teraz bliżej nam do tych z dziećmi niż wolnymi duchami. Spotkania mają zupełnie inny charakter i dźwięki w tle;) Imprezy kończymy maksymalnie o 20, ale może jeszcze posiedzimy dłużej;)

Czas w kontekście wyglądu

Już nie raz wspominałam, że po 30 prawie całkowicie zaakceptowałam siebie. Lubię swoją figurę i to jak się zmieniam. Lubię te moje zmarszczki na czole i pod oczami. To moje pamiątki z życia. Na studiach miałam milion kompleksów, przesiadywała przed lustrem i ciagle coś było nie tak. Traciłam czas na kolejny trwający długie minuty makijaż i nadal nie akceptowałam siebie. Dziś mam w sobie dużą dozę dystansu. Jak nie mam chwili na umycie głowy to po prostu zakładam czapkę i wychodzę. Nie muszę się malować żeby czuć się dobrze. No nic nie muszę, zupełnie i to właśnie lubię najbardziej!

print

Polecam zajrzeć też tutaj