Przebodźcowana mama

W obecnych czasach bardzo dużo mówi się o przebodźcowanych dzieciach. O tym, że nadmiar bodźców działa na nie w taki sposób, że stają się nerwowe, pobudzone i przez wielu zdefiniowane jako „niegrzeczne”. Powstało na ten temat wiele artykułów i wpisów, więc nie będę dziś pisała o dzieciach tylko o nas dorosłych, rodzicach, a dokładnie mamach.

Kilka tygodni temu stojąc nad kuchenką i wpatrując się w gotujący makaron zauważyłam, że mnie ten dźwięk tak irytuje, wprowadza w taki stan poddenerwowania, że zwyczajnie, najchętniej wyrzuciłabym ten garnek za okno.

Zaczęłam doszukiwać się przyczyny tego mojego stanu. Składa się to na totalnie wiele czynników. Przede wszystkim zmęczenie, brak snu, brak czasu dla siebie, dla męża, choroby, życie w wiecznym niedoczasie, mój telefon i wszystkie bodźce z zewnątrz.

Od 9 miesięcy nie przespała ciągiem nawet 4 godzin. Matylda budzi się co 2 godziny, a czasem dużo częściej. Śpi najchętniej przytulona do mnie, na mnie, a ja na siedząco z podpartą o łokieć ręki poduszką do karmienia. Komfort mojego snu zatem pozostawia wiele do życzenia. Po nieprzespanej nocy w dalszym ciągu mój umysł nie jest wypoczęta na tyle żeby ze spokojem przyjmować kolejne bodźce.

Nie mniej budzę się z białą kartką. Wstaję połamana i na nowo docierają do mnie z różnych pomieszczeń różne komunikaty. Szukam w tym samym czasie zeszytu do logopedii, dżemu koniecznie truskawkowego w lodówce, łapię w locie Matyldę, która właśnie postanowiła jeść śniadanie na stojąco w krzesełku. Odbieram telefon, włączam znów domofon, kurier właśnie stoi pod klatką i nie może wejść, pertraktuje różne kwestie związane z ubiorem Mikołaja, a potem kiedy jest zdrowie syn wychodzi do przedszkola.

O tym jak nie wychodzi, bo np. tak, jak teraz siedzimy 2 tydzień razem w domu napiszę chyba osobny wpis, bo to zupełnie inna historia;)

Nastaje pozorna cisza. Nie mniej nadal jestem „atakowana” przez Matyldę. Po wytarciu jedzenia z podłogi, krzesełka i wszystkiego, co w zasięgu 1 metra od punktu z którego jadła moja córka zabieram się za jej usypianie. To wiadomo trwa. Moje dziecko nie jest tym z reklamy kremu na odparzenia ze słabym składem. Tu trzeba rytuału. Piersi, głaskania, śpiewania. Zasypia. Jak saper próbuję wydostać się z łóżka na którym śpi. „Strzela” mi kostka w kolanie i moje dziecko podskakuje jakby obok wybuchła bomba. Znów następuje ta sama procedura. Po dłuższym czasie znajduję się z kuchni pełnej ciszy. Nie ma ludzi, nie ma hałasu. Włączam elektroniczną nianię i znów dociera do mnie jej szum, który mnie stresuje. Po 20 minutach wsłuchuję się w nią jeszcze bardziej, muszę przecież wychwycić moment rozbudzenia. Wtedy jak dobrze pójdzie moje dziecko uśnie przy piersi na kolejnych 20. Dociera do mnie dźwięk telefonu. Fuck! Znów zapomniałam go wyciszyć!

Potem razem idziemy pod prysznic. To znaczy ona, zerka na mnie z fotelika samochodowego, a ja szybko biorę prysznic w międzyczasie podsuwając kolejny gadżet dzięki któremu będę mogła spłukać z siebie pianę. Głowy nie myję, bo moja córka nie toleruje mnie w turbanie. Myłam wczoraj, dam radę w takim stanie.

Po pobudce przychodzą kolejne czynności. Obiady, sprzątanie, zakupy, pranie. Wszystkie z Matyldą na ręku, lub gdzieś obok na podłodze. Niepewnie wyciągam deskę do prasowania. Może uda się „przelecieć” kilka rzeczy nim znów uschną na wiór w koszu.

Kolejna drzemka, ta sama procedura. Moje ciało mówi „dość”. Ciąganie za włosy, drapanie, szczypanie, wkładanie ręki do buzi, traktowanie moich sutków jak najlepszego gryzaka na ziemi. O mamo! Weźcie ją na kilka minut, bo czuję, że drętwieje mi kark!

Potem w akompaniamencie kwilenia jedziemy po Mikołaja do przedszkola. Odbieram mojego syna, który ma problem pierwszego świata. Chce mu się pić tu i teraz, a wody w aucie brak. Zatem z fochem na buzi u starszaka i płaczem na ustach mojej córki wleczemy się w korkach do domu.

Potem, całe popołudnie dzieje się już wszystko podwójnie szybko z milionem pytań i różnego rodzaju dźwiękami. Do samego wieczora trwa sinusoida emocji od wściekłości po totalną miłość. Moje dzieci sprawiają, że czasem chcę je zjeść z miłości, a czasem wystawić za drzwi na 10 minut.

Po południu poziom energii leci na łeb na szyję, a w moim kubku cierpliwości, który jeszcze rano był pełny nie ma jej prawie wcale. Irytuje mnie każde jednostajne stukanie w cokolwiek, gwizdanie, powtarzanie tej samej melodii w kółko, mówienie podniesionym głosem, wchodzenie na mnie, szuranie, skakanie i śpiewanie. Nie daj Boże niech pojawią się w natarciu dziecięce piosenki czy Dzieci z Bullerbyn w głośniku, które znam na pamięć. Czekam na wieczór.

Kiedy usypiają, a ja czuję, że nie przyjmę już na klatę żadnego dźwięku i żadnego komunikatu dzwoni mój mąż i obrywa mu się za cały dzień. Mówi mi o rzeczach, które dla mnie są w tym momencie totalnie mało istotne. Przecież właśnie wygrałam dzień, mam wolny wieczór, uśpiłam dwójkę i poszło mi nawet dobrze, w godzinę. Najlepiej żeby nikt mnie w tym momencie ani nie dotykał ani do mnie nie mówił.

Myślę, więc sobie, że żyjemy w czasach w których mocno dbamy o naszą kondycję fizyczną, ale ciągle kuleje ten nasz spokój duchowy, rozwój intelektualny, mądre gospodarowanie czasem.

Mnie frustruje fakt, że nie mogę na spokojnie odpisać na sms czy post na IG, ale zauważyłam też, że stałam się więźniem mojego telefonu. Zatem wyłączyłam wszystkie powiadomienia o nowych postach na IG czy wiadomościach na Whatsapp. Staram się sięgać po telefon znacznie mniej niż kiedyś. Kiedy biorę książkę do ręki telefon zostawiam w drugim pomieszczenie, bo bankowo będzie mnie kusiło w międzyczasie żeby do niego zajrzeć. W ubiegły weekend zupełnie go wyciszyłam i było mi z tym bardzo dobrze.

Ten post napisałam dla siebie samej, ale i też dla innych mam, które zapewne mają tak samo i jeszcze dla tatusiów, którzy wracają z pracy i po 20 minutach tracą cierpliwość! Zapraszam ich chociażby na weekend z dwójką sam na sam.

print

Polecam zajrzeć też tutaj