Moja historia karmienia piersią Matyldy

Kiedy myślałam o drugim dziecku w głowie miałam na pierwszym miejscu karmienie piersią. To było dla mnie tak mocno silne i tak żywe, że czułam wtedy wręcz podekscytowanie. Czułam, że tym razem dam radę. O karmieniu piersią Mikołaja wspominałam przy okazji wpisu o przygotowaniach do kp. W ogóle mocno polecam ten wpis przyszłym mamom przed którymi ta piękna przygoda.

Wpisów na temat karmienia piersią powstało wiele, nie czuję się też na tyle kompetentna żeby o tym temacie pisać z punktu naukowego, ale tutaj dziś opowiem Wam moją historię i może którejś z Was ona w czymś pomoże.

Myśląc o wyprawce i szykując się na narodziny Matyldy bardziej skupiałam się na przygotowaniach do samego karmienia niż tego w czym będzie spała Matylda. Zaznaczam, że szanuję mamy, które karmią swoje dzieci butelką, nie oceniam. Są tak samo dobrymi mamami jak te, które karmią piersią. Może nie miały takiego wsparcia jak miałam ja, może po prostu nie chciały, a może nie umiały i się poddały. Kiedy ktoś pisze mi, że ma problem z karmieniem czuję się zobowiązana pomóc, doradzić. Zawsze proponują dobrą doradczynię laktacyjną, certyfikowaną. Odradzam podawanie butelki, kiedy wszyscy dookoła dookoła mówią, że dziecko jest głodne, a przybiera i ma się dobrze. Butelkę można podać w każdej chwili.

Sama dostałam niesamowite wsparcie jednej z wtedy obcych mi mam na Instagramie. Wymieniłyśmy setki wiadomości z naszymi troskami, ale o tym napiszę za chwilę.

Matylda urodziła się siłami natury, zdrowa i z krzykiem na ustach. Miałam przy sobie cudowną położną, która wiedziała, że karmienie piersią jest dla mnie bardzo ważne. Kiedy dostałam Matyldę w swoje ramiona zaraz przystawiłam do piersi. Zalała mnie wtedy fala takiego przyjemnego ciepła, że pamiętam to do dziś. Położna zaglądała do mnie co jakiś czas. Wieczorem po porodzie (Matylda urodziła się z rana) zobaczyła moje piersi i Matyldę przy nich płaczącą w niebogłosy i zaproponowała glukozę. Odmówiłam, zaproponowała mleko modyfikowane, odmówiłam. Gdybym rodziła po raz pierwszy wzięłabym to, co mi oferowała bez zastanowienia. Tym razem moja świadomość była większa. Wiem, że chciała dobrze, ale nie takiego wsparcia oczekiwałam. Matylda sporo płakała tej nocy, a ja spałam z nią i całą noc starałam się żeby miała pierś na wyciągnięcie buzi. Kiedy rano przyszła do mnie Pani Ela, zajrzała w biust, nacisnęła na brodawki i powiedziała „wow”. Spojrzała na mnie wymownym wzrokiem. Czułam, że jest ze mnie dumna.

Po dwóch dobach wyszłyśmy ze szpitala. Pierwszą dobę w domu Matylda płakała bez przerwy od 20 do 4 nad ranem. Chodziliśmy po ścianach i zmienialiśmy się nawzajem nosząc, włączając suszarkę i tuląc i kołysząc. Myślę, że powodem nie był jej głód, ale oczywiście to na myśl przyszło mi jako pierwsze.

Potem był już lepiej. Wzorcowo przybierała i przy każdej wizycie patronażowej położna nie miała żadnych zastrzeżeń. Problemy zaczęły się z początkiem września. Matylda miała wtedy niespełna 2 miesiące. Nagle przestała przybierać. Tydzień, dwa…Zaczęła być bardzo płaczliwa i czułam, że coś się dzieje. Wezwałam do domu poleconą certyfikowaną doradcę laktacyjną.

Przed samą wizytą byłam tak mocno spięta, że czułam jak pot leci mi po plecach. Prosiła żebym była przed karmieniem Matyldy. Udało się, spała przed przyjściem dwie godziny. Kiedy się obudziła, a ja opowiedziałam o swoim problemie wyjęła zegarek, poprosiła żebym przystawiła Matyldę do piersi i włączyła stoper. Nigdy w życiu nie czułam się tak źle jak wtedy. Myślę, że to uczucie graniczyło z jakąś wewnętrzną porażką, a wręcz upokorzeniem. Teraz wiem, że gdybym była mamą pierwszego dziecka i nie miała tej wiedzy i determinacji, którą miałam teraz poddałabym się. Zegarek pokazał kilka minut z jednej piersi i kilka z drugiej, mało! Okazało się, że Matylda je nieefektywnie, bo zjada pierwszą fazę pokarmu i zasypia albo sama przerywa jedzenie.

W związku z tym, że dość długo nie przybierała doradczyni zaleciła sposób dokarmiania zwany SNS. Hasło na tamten moment wydało mi się totalnie obce i niezrozumiałe. Bałam się butelki, nie chciałam, bo wiedziałam jak to może się skończyć. Na szczęście SNS w naszym przypadku był strzałem w 10.

Co to jest SNS? To System wspomagający karmienie.
Zbiornik z cienkimi rurkami, które umieszczone przy brodawkach umożliwiają podawanie dodatkowego mleka (w naszym przypadku było to mm aby Matylda przybrała i nadrobiła stracone gramy) i substancji odżywczych podczas karmienia piersią. Dla mnie było czymś fantastycznym, bo mogłam Matyldzie nadal podawać pierś bez podawania butelki. Nie wszyscy to rozumieli. System stymulował laktację, pomagał Matyldzie w nauce prawidłowego odruchu ssania.

Zaraz zadzwoniłam do pobliskiej hurtowni z artykułami dla dzieci. Była ostatnia sztuka. Zostawiłam Matyldę z Tomkiem, wsiadłam z samochód i pojechałam. Dokupiłam mleko modyfikowane. Dostałam całą rozpiskę ile i kiedy mam podawać. Kartkę mam to dziś, jest wymięta i przeczytana tysiące razy. Miałam wszystko zapisywać i kontrolować masę ciała Matyldy.

Bałam się bardzo czy zaakceptuje dodatkowe „rurki” w buzi. Na szczęście były tak cieniutkie, że się udało. Zaczynałam każde karmienie bez dodatkowego wsparcia, SNS „podłączałam”, kiedy czułam, że Matylda opróżniła pierś tak aby przy niej była jak najdłużej. Na szczęście nocne karmienia odbywały się bez systemu wspomagania karmienia.

Pod koniec wizyty dostałam zalecenia odnośnie preparatów wspomagających karmienie, pojawił się Femaltiker, kulki homeopatyczne (Ricinus Communis), tabletki Bocianek. Do dziś nie umiem Wam napisać czy one mi pomogły i czy warto je brać, ale karmię do dziś i wygrałam tą walkę, więc myślę, że nie zaszkodziły mi w niczym.

Kiedy Pani Ewa wychodziła zadałam jej jedno pytanie – czy uda mi się karmić Matyldę tylko piersią? Na odpowiedź czekałam jak na wyrok. Długo zwlekała z odpowiedzią i niepewnie powiedziała „tak”. Ja w to Jej tak nie wierzyłam i dziś sobie myślę, że gdybym nie miała w sobie samozaparcia i siły ta sytuacja by mnie napewno nie wzmocniła. Po czasie stwierdzam, że wizyta w konsekwencji była mi bardzo potrzebna i pomogła mi z karmieniem, ale mam w sobie jakiś taki żal do tej kobiety, że nie była w tym wszystkim bardziej delikatna, wspierająca i empatyczna. Myślę, że żeby być doradcą laktacyjnym trzeba mieć powołanie.

Żebym miała jasny obraz i możliwość sprawdzenia masy na jednym sprzęcie kupiliśmy swoją wagę. Na początku ważyłam Matyldę co 2, 3 dni. Nie wiem czy każda mama jest w stanie to ogarnąć psychicznie. Osobiście byłam na pograniczu rzucenia wszystkiego w cholerę i podania tylko i wyłącznie butelki, bo przecież nie za wszelką cenę.

W międzyczasie gdzieś w którymś poście na Instagramie wspomniałam o moim kryzysie. Napisała do mnie wiadomość prywatną zupełni mi wtedy obca mama. Wspomniała o swojej historii, a ja poczułam w niej bratnią duszę, bo czułam jakbym czytała za każdym razem swoją historię. Była przez ten mój cały okres kryzysu wyjątkową powierniczką i ogromnym wsparciem. Nigdy nie oceniała, każda Jej wiadomość była pełna empatii i zrozumienia. Zawsze we mnie wierzyła i często zapewniała mnie, że jestem najlepszą mamą dla mojej córki. Do dziś czuję z Nią wielką wieź i czekam na nasze spotkanie, bo szczęśliwie jest z Poznania;) Dziękuję Ci!

Ogromnym wsparciem był też mój Tomek. Spieramy się często i naprawdę o wiele kwestii, ale w moje karmienie wierzył bardzo mocno. Nigdy nie sugerował żebym się poddała, zawsze poklepywał po ramieniu i powtarzał, że robię dobrą robotę.

Poza tym trudno było mi w tym okresie wychodzić z domu na dłużej, była uwięziona przez SNS, ukradkiem korzystałam z niego w miejscach publicznych, ale nie czułam się komfortowo. Dlatego te pierwsze pół roku było dla mnie cholernie trudne i zapewne byłam dla niektórych osób z mojego otoczenia dziwna, niedostępna, lekko sfrustrowana i nieobecna. Wiem o tym, ale nawet nie umiałam jakoś sensownie się wytłumaczyć, a nawet mi się tego nie chciało robić.

Szczerze Wam powiem, że unikałam wizyt rodziny, czułam, że wszystkie oczy zwrócone są na mnie, czułam się oceniana, ale też wiem, że na swój sposób wspierana.

Miałam jednak w głowie powiedzenie „szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko”, ja momentami byłam totalnie nieszczęśliwa w tej swojej walce. Moje zmęczenie, sfrustrowanie i momentami zniechęcenie było tak duże, że płakałam w poduszkę, miałam kilka takich momentów w których mówiłam dość. Przeklinałam w głowie te rurki, które mi uciekały, a mleko się wylewało, Matylda się wyginała i płakała, po mnie leciał pot, bo ta końcówka lata była mocno upalna i długa. Jednak kiedy zaczęła przybierać na wadze, a jak miałam już jakiś swój cykl i harmonogram zaczęłam zmniejszać dawki mm. W końcu pożegnałyśmy się z SNSem na dobre i Matyldę karmię piersią już rok.

Ten wpis miał powstać na pół roku Jej karmienia, ale potem sobie pomyślałam, że o zwycięstwie będzie mi łatwiej i śmielej pisać na rok.

Chciałam w swoim karmieniu piersią dojść do momentu w którym to karmienie będzie mi sprawiało ogromną przyjemność. Doszłam do tego i cieszę się, że wytrwałam. Oczywiście są też tego karmienia ciemne strony. Matylda cały czas bardzo słabo śpi w nocy, miewamy miliony pobudek i jestem momentami mocno tym zmęczona. Pojawiają się też pytanie ile jeszcze będę karmiła i dlaczego tak długo.

Będę karmiła tyle ile Matylda będzie tego potrzebowała albo tyle na ile wystarczy mi sił na te trudne noce.

Napisałam ten wpis na prośbę kilku mam. Zasugerowały mi, że mogę nim pomóc i dać wiarę w siebie mamom, które dopiero zaczynają tą przygodę albo borykają się z podobnymi problemami.

Pamiętajcie jednak, że jesteście wystarczającymi mamami dla swoich dzieci bez względu na to czy karmicie piersią czy mlekiem modyfikowanym.


print

Polecam zajrzeć też tutaj