7 marzeń głównych

Prócz tych przyziemnych marzeń typu zdrowie najbliższych i ich względne szczęście mam takie swoje małe marzenia teraźniejsze. Pewnie dla tych, co to dzieci nie posiadają śmieszne się będzie wydawało i mocno abstrakcyjne, ale punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i tyle w temacie. Nikt nas nie zrozumie tak jak druga matka i to jeszcze ta z większą ilością dzieci niż jedno na stanie. Też się stukałam w głowę i lekko drwiłam, że dwoje, troje to cięższy orzech do zgryzienia niż jedno, ale spasowałam w momencie, kiedy pojawiła się Matylda na świecie i wywróciła wszystko do góry nogami, a po tych 6 latach miała co wywracać;)

Po pierwsze!

Nieprzerwany sen! Nie marzę o 8 godzinach, tyle w ogóle można spać?! Marzę o 5, 6 godzinach snu bez przerwy. Tak żebym mogła się obudzić sama z siebie, a nie słysząc w półśnie „cicia”. Tak, tak, powinnam odstawić Matyldę od piersi, ale do jasnej cholery jak to zrobić jak ona go tak potrzebuje, a ja chyba jeszcze razem z nią. Także śnie nieprzerwany przez 6 godzin pogadamy za kilka miesięcy.

Po drugie!

Wieczorne wyjście na wino ze znajomymi. Wino odpada – wiadomo! Pewnie dla niektórych karmiących smak wina znany jest czasem wieczorem, ale moja Matylda jest tak nieprzewidywalna w tym swoim spaniu/niespaniu, że nie mogę sobie pozwolić nawet na jedną lampkę. Znajomi po 20 godzinie też odpada, a to z wyżej wymienionych przyczyn. Wtedy uzmysławiam sobie jak mocno jestem zależna od swojej córki i jak może niedługo to jeszcze potrwa. Zatem trwam na tej sofie z wieczora codziennie i wino i znajomych mogę sobie chwilowo powspominać.

Po trzecie!

Kawa/obiad z mężem na mieście. Chwalcie swoje mamy/babcie, siostry, braci czy inne ciocie, które macie w swoim mieście. My nie mamy nikogo z dobrym sercem, kto mógłby chociaż na moment zostać z naszymi dziećmi. Miałam kilka dni mamę z siostrą i po Matyldy zaakceptowaniu ich mogłam ją zostawić i pojechać zawieźć i odebrać Mikołaja ze szkoły. Jaka to była ulga! A taka kawa z mężem, chociażby pół godziny, bez tych pytań o wszystkie możliwe sprawy świata, bez tych kolan pogniecionych na których ciągle ktoś wisi, wyciągniętej w okolicach biustu koszulki, bez tego szarpania za rękaw, spódnice czy inne spodnie. Mogłabym wziąć panią na ten czas do pomocy/nianie/opiekunkę, ale ciągle tego nie czuję, no! No to masz babo placek!

Po trzecie!

Pójście na jogę wieczorem. Znów abstrakcja, bo jak gdzie i kto da cyca?! A tak by mi się marzyło w okolicy kolacji/kąpieli/usypiania (a zobacz mężu jak to fajnie to wszystko ogarniać samej) zapakować torbę i udać się na jogę, a potem wrócić i mieć wszystkie dzieci w objęciach Morfeusza. Ależ to byłby czad!

Po czwarte!

Weekend we dwoje, a może samotnie, z przyjaciółką. Rozkręcam się, co?! Za 2 lata 10 rocznica ślubu. Oj wzięłabym starego pod pachę na lotnisko i poleciała gdzieś z nim sam na sam. Jedlibyśmy długo obiad, tak razem, nie na zminę czy inne raty. Potem nawet byśmy deser zamówili i gdybyśmy go zjedli to nie uciekalibyśmy w popłochu, bo dzieci knajpę roznoszą tylko siedzieli, siedzieli i siedzieli. Aż by nas wygonili! Nigdy od 7 lat nie spędziliśmy takiego weekendu tylko we dwoje. Próbuję to sobie nawet wizualizować i nawet nie umiem, moja wyobraźnia nie sięga aż tak daleko. A jak nie z mężem to może sama, albo nie z przyjaciółką lub najlepszą kumpelą! Aga, lecisz ze mną?;)

Po piąte!

Zakupy, nie tylko spożywcze. Generalnie nie lubię już chodzić po sklepach. Galerie mnie wkurzają, nie lubię tego tłoku i głośnej muzyki, ale taki Tkmaxx tak na spokojnie, bez zerkania na zegarek i gonitwy, oj poszłabym! A jeszcze bardziej poszłabym na taki tour po lumpeksach, ależ bym sobie te ubrania na tych wieszakach poprzerzucała. Tymczasem wybieram te on line i czekam na kuriera.

Po szóste!

Całonocny seans filmowy z mężem. Nie, że to kina! Absolutnie! Taki wiecie na sofie z paczką żelków i ciastek zbożowych dla balansu. Aktualnie włączamy serial i prześcigujemy się w tym kto pierwszy zaśnie. Ja jestem chyba ta bardziej wytrzymała, ale kiedy widzę, że małżonek od minut kilku pochrapuje dołączam bez wyrzutów sumienia. Nie mogę pozwolić sobie na oglądanie dłużej niż do 22:30, bo potem kiedy układam się do snu, a Matylda wtedy się z tego snu wybudza bardzo żałuję, że się zasiedziałam. A gdyby tak wypić duży kubek kawy i mieć spokój, że odeśpi człowiek z rana, a nawet do 10:00 to bym tę noc zarwała, oj bardzo! Tymczasem i duży kubek i kubeł kawy na nic się zdaje. Padamy jak kafki i bez kawki z kawką.

Po siódme!

Spontan przyjemny bez poczucia winy! Jakikolwiek! Nie ważne czy to miałaby być ta kawa z mężem na mieście czy kino, wspólny spacer czy wyjazd. Spokojny sen czy seanse filmowe późnonocne. Marzy mi się po prostu jakaś przyjemność dla siebie/dla nas rodziców bez tego cholernego poczucia winy, że same zostały, że bez mamy/taty, że z babcią, a nie z nami, że pod okiem niani, nie naszym. Taki luz bez wmawiania sobie, że bez nas to już świat się zawali i dzieci będą nieszczęśliwe. Ale czy tak się w ogóle już da?

print

Polecam zajrzeć też tutaj