F jak frustracja – moje 5 kroków żeby znów cieszyć się codziennością.

Zawsze szerokim łukiem unikałam ludzi sfrustrowanych, a dziś sama czuję, że ta frustracja gdzieś po drodze stała się moim alter ego.

Kilka tygodni temu niezapowiedzianie wpadła do nas nasza była sąsiadka. Umalowana, świeża na buzi, z uśmiechem, ajfonem z szybką czystą jak łza i tym takim optymizmem na buzi, który ja gdzieś zatraciłam kilka miesięcy temu. Przywitałam ją ja. Lekko zmieszana, stojąca na podłodze z rozsypaną chwilę wcześniej przez Matyldę kaszą quinoa (chociaż to brzmi epicko)na sobie miałam zwykł domowym tiszert, z włosami nad którymi fryzjer pewnie by się przeżegnał, bez makijażu i z rękami w mielonym z indyka. Poczułam się tak źle ze sobą samą. A Ona tak stała i opowiadała o Pani, która przychodzi i jej sprząta, bo ona się nie wyrabia. Muszę o tym wspomnieć – nie ma dzieci.

Zdałam sobie sprawę, że jej tak po ludzku zazdroszczę i jednocześnie czuję frustrację, że gdzieś mam związane ręce i nawet gdybym wtedy była umalowana to niczego by to nie zmieniło, zupełnie. Wystosowałam do małżonka sms z dużą ilością żalu w treści, a on mi napisał tylko dwa zdania dzięki którym zmieniłam tok myślenia. Tak, bo o to myślenie o sobie samej często się rozchodzi.

Zmęczenie, ciągły bieg, pośpiech, wszystko na czas. Nieprzespane noce. Obiad gotowany jedną ręką, stanie w korkach z płaczem w tle, mąż, który spóźnia się z pracy długie 5 minut, lub brak męża przez kilka dni. Zakupy ze zgubioną listą, powrót z placu zabaw we łzach. Lepiąca się podłoga mimo porannego mycia, a potem na zmianę euforia, spełnienie, ogromna miłość w kontrze do frustracji, znów zmęczenia i złości. Jakaś totalna huśtawka emocjonalna, koktajl po którym nie wiesz jak tak naprawdę się czujesz.

Ciągle jeszcze żyjemy w przekonaniu, że my, matki powinnyśmy opływać łagodnością, miłością, dobrocią i tryskać o poranku euforią. Ciągle boimy się mówić o złych emocjach, o tym, że chcemy żeby ktoś zabrał nasze dzieci chociaż na 10 minut, o tym, że mamy ich dość, że fajnie byłoby wypić kawę w ciszy, zebrać myśli o poranku. Wieczór spędzić z mężem nie bawiąc się każdego wieczora w sapera wychodząc po raz piąty ukradkiem z pokoju płaczącego uprzednio dziecka. Nie musieć odpowiadać na miliony „A gdzie jest?” Skoro widać gdzie jest!

Stanęłam ostatnio ściana w ścianę z moją własną frustracją. Frustrowało od samego otworzenia ciężkiego oka zupdłnie wszystko. Naczynia w zlewie o poranku mimo, iż wieczorem było czysto. Klocki Lego wbite w stopę gdziekolwiek by ją nie postawić. Stos prasowania, które widzę tylko ja. Ten wiecznie umazany blat krzesełka po porannej owsiance, której łyżek do buzi trafiło może trzy sztuki.

Mamy pijące kawę na mieści z koleżankami i to codzienne „a Wy dziewczyny co zrobiłyście dziś dla siebie?!” na Instragramie. Matko, jak to mnie frustrowało! Śniadanie, obiad i kolacja na własnym tiszercie. Niezjedzony obiad mimo, iż włożyłam w niego całe serce i energię całą. Niewspółpracujące dzieci, połamane paznokcie krzyczące „pilniczku, gdzie jesteś?!”. Całe ciało krzyczące po nieprzespanej nocy „nie dotykać mnie!” Tak mnie to wszystko frustrowało, że postanowiłam, że muszę to zmienić, bo to za bardzo zmienia mnie samą. Wypisałam na kartce to wszystko, co mnie boli i doskwiera, bo szczęśliwie jestem już w tym wieku, że wiem o co mi tak naprawdę chodzi.

Mów kobieto co Ci leży na sercu!

No, bo my ciągle myślimy, że oni się domyślą. Dla nas logiczne jest, że jak wchodzimy do łazienki po kąpieli naszych dzieci to trzeba podnieść te ręczniki, wyłowić z wanny skarby i wypuścić wodę. Oni tego nie wiedzą/widzą. Nic mnie tak nie wkurza jak te naczynia w zlewie o poranku to już jest temat o którym mówię głośno, ba już nawet nie mówię, to już się wie! Prasowanie! No, ja wiem, że niektórzy ten obowiązek wykreślili ze swoich prac domowych, ale ja lubię wyprasowane, ale nie lubię kiedy ta czynność należy tylko do mnie. Dlatego w naszym domu prasujemy na zmianę. raz ja, raz Tomek. Ustaliłam też na nowo obowiązki w naszym domu, bo za dużo brałam na siebie. Wykonywałam mechanicznie miliony rzeczy, które można było podzielić na conajmniej kilka osób. Nie chcę żeby Mikołaja jedynym obowiązkiem było chodzenie do szkoły, chcę żeby czuł się odpowiedzialny za niektóre prace w naszym domu.

Mam też w sieci kilka dobrych dusz, które rozumieją mnie jak nikt inny. Dobrze mieć kogoś do biadolenia i do marudzenia o tych samych troskach. Mam taką jedną wyjątkowo bliską mi osobę i Ona zawsze, ale to zawsze przybije piątkę i poklepie wirtualnie po plecach. Aga<3

Mała rzecz, a cieszy!

Wyprawa ze znajomymi w góry na dwa tygodnie! Nie, to jeszcze nie ten etap! Ale taka mała kawa ze znajomą? No dlaczego nie! Wczoraj byłam na spotkaniu z konsultantką pewnego Wydawnictwa i wiecie co zrobiłam? Po pierwsze zostawiłam pod opiekę Matyldę Tomkowi, a sama wyjechałam ciut wcześniej z domu żeby przejść się samotnie na spacer z aparatem. To we mnie jest problem, że wcześniej tego nie robiłam. Ciągle szukałam sobie wymówek, że ja nie mogę, bo ciągle były ku temu idealne powody. Poprosiłam i się udało, eureka!

Ważne żeby znaleść dla siebie swoją małą krainę szczęśliwości. Wiem, że teraz to jeszcze u mnie dość trudne, ale Matylda jest coraz większa i coraz starsza i mogę już śmiało wyjść na 2,3 godziny i świat się nie zawali.

Fajna perspektywa to podstawa

Moją obecną perspektywą jest kilkudniowy urlop w listopadzie. Żyję tym i odliczam dni i modlę się żeby dzieci były zdrowe! Ale to może być też spacer sam na sam, zakupy, wycieczką tramwajem zamiast autem i przejażdżka rowerem na rynek. Spotkanie ze znajomymi, które ciągle odkładamy na lepszy czas. Więcej odwagi. Tak, ja przestaję odmawiać, znów zaczynam się otwierać na ludzi i nowe perspektywy, bo moje chęci to podstawa, baza!

Odpuść, naczynia można pozmywać po śmierci

Wiem, wiem! To cholernie trudne! No ja to wiem najlepiej, uwierzcie mi! Mam na imię Hania i otwieram paczki od kuriera dopiero wtedy, kiedy posprzątam i mam chwilę pokoju. Bo my wciąż kobiety żyjemy w przekonaniu, że na przyjemności musimy sobie zapracować, nie! Skończmy z tym myśleniem! Także przedwczoraj rzuciłam wszystko, kupiłam „Sens” i podczas drzemki Matyldy poszłam poleżeć na sofie. Przysięgam nie zrobiłam tego ani razu podczas tych 15 miesięcy Jej życia! Głupio mi było, dziwnie i mocno niezręcznie, ale dałam radę i powiem Wam, że to takie przyjemne i mimo, iż niczego konstruktywnego w tym czasie nie zrobiłam to poczułam się lepiej i nie miałam wyrzutów sumienia. Wiem, że moja codzienna lista zadań do zrobienia nigdy się nie skończy, dlatego chcę codziennie wybierać jedną najważniejszą rzecz danego dnia. Mam nadzieję, że to mi się uda!

Naucz się cieszyć z tego, że inni mają dobrze

Pamiętajcie, że każdy ma swoje źle! Moje „źle” też może być błahe dla kogoś, kto patrzy na mnie z boku. Dlatego na nowo chcę nauczyć się cieszyć szczęściem innych. Cieszę się, że ktoś sobie wychodzi z mężem na randkę, ja też kiedy wyjdę. Cieszy mnie jak moja znajoma mówi mi, że dziś pospała sobie w końcu, ja też się kiedyś wyśpię.

Instagram! Bywa mocno inspirujący, ale też może mocno wpędzać w poczucie winy i frustrować i mimo, iż wiem, że to, co tam widać to mocno przerysowany krajobraz. Jednak mnie niektóre konta frustrowały i wpędzały w taki dziwny stan. Zatem część kont wyciszyłam, część przestałam obserwować. Mówię Wam jaka ulga! Zostawiłam te „prawdziwe” dla mnie i wnoszące coś dobrego do mojego życia, dające mi jakąś wewnętrzną motywacje. Poza tym mam taki dysonans między tym, co otrzymywałam od niektórych ludzi „na żywo” poza Instagramem, a tym, co tam widziałam. Chcę tam prawdy, nie lubię skrajności i tej sprzeczności. Wybieram te konta, których wartości są bliskie moim wartościom i każdemu polecam taki mały porządek.

Nie wiem na ile mi to wszystko się uda i czy wytrwam w swoich postanowieniach. Wiem jednak jedno! Mocno mi to doskwiera i jeżeli tego nie zmienię to prócz mojego wewnętrznego cierpienia ucierpieć mogą moi najbliżsi.

print

Polecam zajrzeć też tutaj