O 3 rzeczach, które powinna usłyszeć każda młoda mama

Często przyglądam się mamom. Tym młodym i tym z wieloletnim stażem, każda jest mi niezmiernie bliska.

Kiedy urodziłam Mikołaja wszystko, zupełnie wszystko, co robiły inne mamy, a nie robiłam ja sama było dla mnie dziwne, złe, inne. Ja sama byłam w stosunku do nich krytyczna i pełne negatywnych ocen. Oceniałam za to jak, gdzie i czym karmią, gdzie chodzą na spacery. Dziwiłam się dlaczego oddają do żłobków, a nie zostają w domu z dziećmi mimo, iż mogą sobie na to pozwolić. Dlaczego noszą/nie noszą w chustach. Czemu nie szczepią lub szczepią na wszystko. No mogłabym tak wymieniać w nieskończoność.

Z perspektywy mamy dwójki trochę inaczej podchodzę do tematu. Nim poddam ocenie inną mamę staram się zrozumieć dane zachowanie czy postępowanie. Przecież może mieć zły dzień, może też po prostu jest zmęczona. Kto wie czy nie potrzebuje czasu dla siebie, a może też czuje, że się jej ulało. Najgorsze jest mówić młodym mamom co i jak mają/muszą robić. Tu trzeba pełnej elastyczności w działaniach. Nie ma czarno – białych barw, tu może „zagrać” paleta wszystkich kolorów. Pamiętam w jakim kołowrotku byłam po urodzeniu pierwszego malucha, sama niczym dziecko we mgle. Zasypana różnymi treściami nie wiedziałam co robić.

Dziś też sobie myślę, że mocno nabrało sensu stwierdzenie, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i ilości posiadanych dzieci. Bardzo, bardzo!

Blogi parentingowe są niczym Pudelek – nie czytaj za często, bo stracisz kontrolę nad tym, co jest prawdą, a co nie.

Dziś wiem jak mocno wywarły na mnie wpływ wszelkie fora i blogi parentingowe. Tak mocno brałam sobie to, co tam czytam, że w pewnym momencie utraciłam zdolność samodzielnego myślenia. Parenting był niczym Pudelek z samego rana, lub jak kto woli bardziej ambitnie, podwójne espresso.

Nim młode mamy trafcie na wszelkie blogi i fora musicie wiedzieć, że Montessori dziś jest super, ale za 4 czy 5 lat już może nie być wcale takie najlepsze dla Waszych pociech. Nie dajcie się zwariować z tym BLW. Dziś usłyszycie, że łyżeczka jest beee, ale musicie wiedzieć, że za 3,4 lata już może być całkiem spoko. Jeżeli całe się trzęsiecie na myśl o podaniu marchewki pokrojonej w słupki to zróbcie z tego mus i nie miejcie wyrzutów tylko dlatego, że Basia pisała, że absolutnie nie podawać! Słuchajcie siebie! Tylko i wyłącznie!

Widziałyście kiedyś u Beaty na blogu obiady z dwóch dań, pełna piramida żywieniowa, zielono aż dawało po oczach, a dziś zupa z torebki(!?) O nie! Tak nie można! A jednak można! Można, można, od czasu do czasu można. Zatem jak dziś widzicie u młodej mamy ol inkluzif, musicie wiedzieć, że za kilka lat może być chińszczyzna z torebki i na co te Wasze obiady czterogarnkowe przez tyle lat?! Możecie poczuć się oszukane!

Zatem wszystko z dystansem, traktujcie to wszystko z dużym dystansem.

Instagram wtedy nie był jeszcze znany i powszechnie używany tak, jak teraz. Karmienie piersią było tym, co najbardziej wtedy mnie „bolało”. Wszędzie widziałam komunikaty o karmieniu piersią o tym jakie jest cudowne i ważne dla dziecka. Mikołaja nie karmiłam długo i miałam z tego powodu wyrzuty przez… wiele lat. Tak, nie miesięcy, a lat! Znam mamy, które wychwalały pod niebiosa kp, a potem same ze względów zdrowotnych podawały mm, ale o tym zapominały napisać na forum.

Wtedy nikt nam nie mówił „nie ważne jak karmisz, jesteś tak samo wystarczającą mamą”. Dopiero od niedawna więcej mówi się o tym, że w karmieniu piersią ważne jest zadowolenie i mamy i dziecka. Wtedy ważne było tylko dziecko, nie ważne co czuła mama.

Mimo, iż dziś jestem dumna z siebie, że karmię Matyldę ponad 1,5 roku to mocno mnie to karmienie już męczy i mówię o tym głośno. Jest mi źle, że moje dziecko nie może zasnąć bez mojej piersi, że nie utuli je do snu tata chociażby stawał na rzęsach. Jest mi źle, że nie mogę wyskoczyć na jogę o 20, jest mi źle, że w dalszym ciągu nie przesypiam nocek. Karmienie piersią jest piękne i ważne, ale może też zmęczyć. Taki trochę paradoks, tyle walki na początku, a teraz znów pot i łzy.

Nic za wszelką cenę

Tu, pod tym punktem kryje się wiele. Dużo czytam ostatnio o dbaniu o siebie, o tym, że między byciem mamą należy znaleźć balans i jakiś złoty środek, że szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko i typ podobne sztampowe historie.

Ja się z tym wszystkim zgadzam i ba, nawet pod wszystkim totalnie podpisuje, ale musicie usiąść i posłuchać siebie i zbadać Waszą subiektywną aktualną sytuację. Czy faktycznie mam potrzebę po miesiącu uciekać z domu żeby wrzucić fotę na IG, że się świetnie bawiłam na imprezie, a mój uroczy, pulchny 30 dniowy maluch w tym czasie przespał 3h bez żadnego ruchu w obstawie babć, cioć i innym super niań. No nie musisz, nie musisz, a czasem po prostu nie możesz!

Nie możesz? A to dlaczego? To ja Wam szybko napiszę dlaczego! Mimo, iż bym się dwoiła, troiła, ściągnęła super babcie, super nianię i super ciocię to moje dziecko i tak i tak by tego nie wytrzymało. Matylda zasypiała o 20:00 i o 20:30 miała już pierwszą pobudkę i potem tak co 40 minut, co 1,5h przez dobry okrąglutki rok.

Przecież ja w tym czasie nie zdążyłabym porządnie nałożyć na siebie majtek obciskających, a gdzie makijaż i lakier na włosy. Nie próbujcie ani sobie ani innym udowadniać, że jesteście super hero mamami, żonami, przyjaciółkami i nie wiem kim tam jeszcze. Jednym to się udaje, bo mają mniej wymagające dzieci i cała gromadę ludzi dookoła do pomocy, a innym nie i koniec. Myślę, że wielu z nas uwiera ten wszechobecny obraz super heroski. Mnie osobiście to zupełnie nie pomagało, wręcz przeciwnie.

Czułam, że robię coś źle, że jest ze mną coś nie tak, że moje dziecko ma rok, a ja nie byłam na żadnym wyjściu wieczorem, nie wypiłam z mężem żadnej kawy na mieście, tak sam na sam. Raz w prawdzie wysłano mnie do teatru, gnałam z niego o 19 do domu tak prędko, że zahaczyłam po drodze o słupek na parkingu. Wiedziałam bowiem, że nastała godzina w której moje dziecko rozpoczyna kryzysowy czas i zapewne zanosi się od płaczu za mną i moim cyckiem.

Działaj trochę po męsku

Zazdroszczę luzu mężczyznom Ostatnio obserwowałam mojego męża jak kąpie nasze dzieci. One wrzucały co tylko miały w zasięgu swojego wzroku, a on siedział na toalecie i czytał gazetę. No szok! Wiecie co ja w tym czasie robię? Wycieram kurz z półek, pryskam lusterko żeby zobaczyć jeszcze w nim odrobinę siebie, myje umywalkę i segreguje ubrania. Ja jestem ten typ, co nie traci czasu i okazji. Kiedyś czytałam wywiad z B. Tyszkiewicz i ona opowiadała, że jak już skończy myć wacikiem twarz to potem jedzie nim jeszcze ramę lustra i umywalkę. To ja!

Sytuacja nr 2. Idzie sobie taki mój mąż przez salon do kuchni po jakąś przekąskę, otwiera szafkę i już jej nie zamyka(?!) Do dziś nie rozumiem tego działania, ale czy on się tym przejmuje. No nie, a mnie się gotuje jak to widzę. Dlatego ostatnio trochę naśladuje mojego męża i mamy trochę mniej czysto, ale ciut spokojniej. Wam młode mamy też polecam takie lekko zawężone myślenie (bez obrazy, mogłam to trochę inaczej ująć, ale nie chciałam). Mniej przy tym frustracji i nerwów.

Mój mąż nigdy nie ma wyrzutów sumienia, że opuszcza swoje gniazdo z pisklętami na kilka dni i jedzie na rajd. Ja walczę ze sobą jak mam na 3,4 godziny wyjść na kawę ze znajomymi, wracam biegnąć, po co?! Nie miejcie wyrzutów drogie mamy, oboje jesteście rodzicami i to Ty spędzasz i tak i tak z tymi waszymi dziećmi więcej czasu. Też Ci się należy odpoczynek -> piszę to trochę do siebie samej.

Myślę, że gdybym do mojego raczkującego kiedyś macierzyństwa dodała dużą szczyptę luzu i dystansu początki bycia mamą cieszyłyby mnie dużo bardziej, a mniej frustrowały.

print

Polecam zajrzeć też tutaj